Skończmy z mitem wspólnego stadionu

źródło: własne

Od czasu do czasu wraca jak bumerang. Mowa o twierdzeniu, że w jednym mieście dwa kluby mogą z powodzeniem grać na jednym stadionie. Niektórzy dziennikarze i urzędnicy powtarzają jak mantrę, że skoro udało się za granicą, to dlaczego nie może działać w Warszawie, Krakowie, Łodzi i wszędzie indziej, gdzie są dwa duże kluby. A kto im powiedział, że to w ogóle działa?

Reklama

Dziennikarz „Gazety Wyborczej” Jarosław Bińczyk opublikował komentarz do sytuacji w Łodzi. Łódzki oddział „Wyborczej” lansuje bowiem budowę jednego wspólnego stadionu dla ŁKS i Widzewa na neutralnym gruncie. Tak jak wcześniej lansował podobną w Krakowie prezydent Jacek Majchrowski i wielu innych ludzi w innych polskich miastach, by wspomnieć tylko powracające regularnie lamenty o niepotrzebne wydatki na trzy stadiony w Warszawie. Łódzka „Gazeta” poszła jednak o krok dalej. Redaktor Bińczyk twierdzi, że zwolennicy opcji z dwoma osobnymi obiektami stoją po stronie… kiboli, którym tylko ustawki w głowie. Przekonany o swojej racji dziennikarz obraża więc wiceprezydenta jednego z największych miast w Polsce i oskarża go o brak wizji. Tylko dlatego, że tamten powiedział: „Nie jesteśmy Mediolanem, gdzie takie rzeczy mogłyby przejść”.

Przeświadczony o reprezentowaniu „setek tysięcy prawdziwych kibiców” dziennikarz przekonuje, że wizja jednego nowoczesnego stadionu to jedyna dobra opcja w sytuacji patowego konfliktu na Widzewie i rozpadającej się ruiny przy Al. Unii. Niestety, nie reprezentuje niczyjego interesu, może poza tym redakcyjnym.

Wspólne stadiony nigdzie na świecie nie są traktowane jako dobry pomysł przez kibiców, więc skąd pewność, że w Łodzi są setki tysięcy, którym nagle będzie to obojętne? Wyjątkiem może być co najwyżej Japonia (czy inny kraj bez piłkarskich tradycji, gdzie ten sport przeżywa rozkwit), ale wyłącznie dlatego, że tam niektóre kluby nie są przywiązane do konkretnego stadionu i grywają w jednym sezonie nawet na kilku różnych obiektach, zależnie od zapotrzebowania i kosztów dzierżawy. Wtedy, chcąc nie chcąc, muszą dzielić stadiony z innymi. Ale poza tym trudno znaleźć kogoś, kto mając do wyboru stadion tylko dla swojego klubu i dzielenie trybun z lokalnym rywalem wybrałby to drugie. Nie trzeba do tego być żadnym „kibolem” – ani tym w rozumieniu „GW”, ani tym z Wielkopolski. Swój stadion jest po prostu swój i o tę „swojskość” jest od wspólnego lepszy.

Budowa jednego stadionu dla dwóch zespołów nie jest racjonalna z punktu widzenia kibica, więc skoro forsuje się tę opcję, powinna być chociaż uzasadniona ekonomicznie. Ale też nie jest. Ani z punktu widzenia klubu, ani z punktu widzenia miasta.

Dlaczego nie jest to korzystne dla klubu? Już z idei wynika podstawowa wada: bo trzeba się dzielić. To oznacza, że żaden z dzierżawiących stadion klubów nie wykorzysta w pełni jego pozasportowego potencjału. Bo, na przykład, kto zarobi na powierzchniach komercyjnych czy organizacji koncertów? Jeśli Widzew będzie operatorem – stratny będzie ŁKS. W odwrotnej sytuacji mniej zarobi Widzew. A jeśli operator będzie instytucją trzecią – miejską czy prywatną – stracą oba kluby.

Po drugie, stadion będzie taki sam dla obu klubów. Ale kluby już takie same nie są – ani w Łodzi, ani nigdzie indziej na świecie. To oznacza w dużym skrócie, że „neutralny” stadion na 20-30 tys. widzów będzie odpowiedniejszy dla silniejszego z klubów, a trudniejszy do wypracowania zysku dla słabszego. Za to dla żadnego z zespołów nie będzie optymalny, bo musi uwzględniać interesy obu i jest z definicji kompromisowy. W dodatku będzie ciążył temu słabszemu, mogąc pogarszać jego sytuację i prowadzić do zwiększenia przepaści między większym a mniejszym klubem.

Fot: Allianz Polska

Przykładów daleko szukać nie trzeba. W Monachium powstał stadion, którym zachwyca się cały świat. Jedynymi, którzy mają swoje „ale”, są… Bayern i TSV1860, czyli ci, którym stadion ma służyć. Dla Bayernu stadion jest za mały i notorycznie brakuje biletów. Klub zarabia mniej niż uzyskałby na prywatnym stadionie, który pierwotnie zamierzał zbudować (na 80 000 miejsc – przyp. red.). Z kolei TSV, które popadło w tarapaty tuż po otwarciu Areny, nie jest w stanie zapełnić trybun nawet w połowie. A co tam w połowie – średnia TSV nie sięga nawet jednej trzeciej dostępnych trybun. Jak ten klub ma korzystać z możliwości supernowoczesnego obiektu, kiedy on został zbudowany z myślą o znacznie większym zapotrzebowaniu. Ta dysproporcja urosła dodatkowo, gdy TSV sprzedało swoją część udziałów silniejszemu Bayernowi, czyniąc z niego wyłącznego udziałowca. Teraz TSV wnosząc opłaty zasila konto lokalnego rywala.

W innej części Europy przekonują się też o tym na zmianę Milan i Inter na San Siro, bo gdy Milan walczył w finale Ligi Mistrzów kilka lat wstecz, to on był w stanie osiągnąć dużą przewagę w widowni, a więc i w zyskach. Dziś, gdy Inter góruje, San Siro pozwala temu klubowi zdobyć przewagę. Jedno się nie zmienia – w ciągu dekady zbyt duży dla obu klubów stadion choć na jakiś czas stał się dla każdego z nich problemem. W efekcie czołowe włoskie kluby wykazują największe wahania w średniej widowni ze wszystkich najsilniejszych zespołów europejskiej czołówki. Jako jedyne regularnie wypadają i wpadają z powrotem do pierwszej dziesiątki. Tymczasem zespoły posiadające swoje stadiony potrafią utrzymywać stale świetne wyniki. Ktoś powie, że problemem były przede wszystkim rezultaty sportowe, ale to tylko część prawdy. W końcu każdy z klubów miałby znacznie stabilniejszą sytuację na własnym stadionie, dopasowanym do swoich potrzeb.

Jak to rozwiązanie oceniają w praktyce kluby, które z niego korzystają? Odpowiedzią niech będzie fakt, że we Włoszech zarówno Milan i Inter, jak i Lazio z Romą, a nawet Sampdoria w Genui zapowiedziały, że zamierzają opuścić obiekty, które muszą dzielić z lokalnym rywalem. W angielskim Liverpoolu dwa wielkie kluby Premier League kategorycznie odmówiły dzielenia stadionu między sobą, choć Anfield Road i Goodison Park leżą o rzut beretem. I to nawet wtedy, gdy samorząd zapowiedział, że wesprze je w tym projekcie. Bo niby jak mają konkurować pod względem zysków z klubami, które mają cały obiekt tylko dla siebie?

Po przeprowadzce stanęłyby przed dylematem jak włoskie kluby: albo się wyprowadzą, albo będą tracić coraz bardziej do coraz silniejszych rywali. Z drugiej strony walczące o przetrwanie finansowe TSV Monachium przeprowadziło analizę, z której wynika, że sposobem na poprawę sytuacji w kłopotach również jest wyprowadzka. I to na stary obiekt, o połowę mniejszy od nowej Areny. Wspólny stadion może się sprawdzać tymczasowo – na przykład gdy oba kluby są zbyt słabe na budowę własnego obiektu. O ile jednak deklaracje Widzewa są prawdziwe, takiej sytuacji w Łodzi nie ma.

Jest więc pytanie, które powinni sobie zadać dziennikarze „Gazety Wyborczej” zanim znów stwierdzą, że ktoś wspiera chuliganów. Po co budować stadion, który nie jest dobry dla nikogo? Nie przyda się kibicom, bo ani jedni, ani drudzy nie poczują się na trybunach „u siebie” (a jeśli jedni, to tylko kosztem drugich). Nie przyda się klubom, które nie osiągną optymalnych zysków. Nie przyda się też samorządowi, bo prędzej czy później Łódź i każde inne miasto może stanąć przed pytaniem z Rzymu czy Mediolanu: co zrobić z ogromnym obiektem, gdy obaj jego użytkownicy się wyprowadzą i co roku będzie generował ogromne koszty? Można jak władze Monachium trzymać jeden klub na siłę (miasto nie zgodziło się na powrót TSV do poprzedniego stadionu), ale trudno to nazwać dalekosiężną wizją…

Tekst wyraża subiektywną opinię autora i nie musi być zbieżny z poglądami redakcji/wydawcy. Jeśli chcesz na niego odpowiedzieć, prześlij odpowiedź na adres: michal(at)stadiony.net.

Reklama