Komentarz: Wszystko po staremu, na szczęście i niestety

źródło: własne | MK

Komentarz: Wszystko po staremu, na szczęście i niestety Do wyeliminowania jest naprawdę niewiele, ale ta niewielka dawka patologii skutecznie psuje świetny obraz wielkiego finału. PGE Narodowy dziś zapłonął dosłownie, zapalił się kawałek konstrukcji pod iglicą. To nie miało prawa się zdarzyć.

Reklama

Od czasu przeniesienia finału Pucharu Polski na PGE Narodowy w 2014 prestiż rozgrywek zdecydowanie wzrósł – co do tego nie może mieć wątpliwości nikt, kto pamięta wczesne lata dwutysięczne i rozgrywki pałętające się po Bełchatowach, Płockach i Grodziskach Wielkopolskich, z całym należnym im szacunkiem.

Za nami kolejny wielki finał, który w cieniu zostawia te małe z poprzedniej dekady. Legia jak zwykle wygrała, Arka jak zwykle walczyła, kibiców jak zwykle było bardzo wielu z każdej strony stadionu. Legioniści jak zwykle przeszli we wspólnym marszu na Narodowy, jak zwykle były barwne i pomysłowe oprawy, ale też – jak zwykle – pojawiły się problemy.

PGE Narodowy© Legionisci.com

Obiektywnie dziś problemy z meczem finałowym są stosunkowo błahe. Nie mówimy o zamieszkach i przemocy, nie mówimy o żenująco niskiej frekwencji (dziś sprzedano 47 037 biletów!) ani nawet o słabych meczach, bo te nie odstają od poziomu, jakiego spodziewamy się po krajowej czołówce. Jest jednak jeden istotny temat, który pojawia się rok w rok. Pirotechnika.

Problem 1: Usiłowanie zabójstwa

Nasz serwis od lat opowiada się za legalizacją pirotechniki, ale tylko w określonych okolicznościach. I te okoliczności dziś, jak co roku 2 maja, zostały przekroczone. Można tłuc do głów za każdym razem, ale znajdą się tacy, do których i tak nie dotrze, że raca i rakieta to nie to samo. A z sektora Arki przed 80. minutą meczu ktoś zaczął wystrzeliwać rakiety w kierunku przeciwnej strony stadionu.

Było realne ryzyko, że rakieta trafi w któregoś widzów, zawodników lub zniszczy element stadionu. To ostatnie zresztą się stało, ponieważ jeden z pocisków wbił się w garaż rozsuwanego dachu zawieszony centralnie nad boiskiem. Zaczęła się palić siatka po spodniej stronie garażu. Realnego zagrożenia z tego tytułu nie było. Tym razem. Na szczęście. Ale każdy wystrzał tego typu może doprowadzić do tragedii w bardzo dosłownym sensie, zwłaszcza gdy jedna z rakiet trafiła w trybuny.

Strzelanie rakietami spowodowało już śmierć kibiców w Hiszpanii, Portugalii, Francji czy Boliwii i tak powinno być traktowane: jak usiłowanie zabójstwa. To opinia, nie fakt, ale będziemy się jej trzymać, bo tragedii na stadionach mieliśmy już zbyt wiele. Jeśli ktoś w tłumie 50 tys. ludzi odpala pocisk mogący przebić ciało na wylot lub rozedrzeć wnętrzności na strzępy (był taki przypadek w Danii, też w meczu z Legią, zresztą), to skończyły się wymówki.

Problem 2: Raca na murawie

Nie mieliśmy dziś co prawda niezliczonej liczby rac na murawie, jak dwa lata temu, ale jedna drogę na boisko znalazła. Wypada więc liczyć, że policja znajdzie drogę do autora odważnego rzutu, podobnie jak do niezbyt wyborowego strzelca z sektora Arki. Rzucanie racami to też realne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi, w kierunku których się rzuca. Koniec, tu nie ma pola do bardziej pobłażliwych interpretacji.

Problem 3: Zadymienie

Że będzie – byliśmy pewni. Co roku tak jest i w pewnym sensie może się podobać. Moment powstania chmury barwnego dymu jest naprawdę widowiskowy, ale po tych pierwszych 30 sekundach powstaje zadymienie na długi, długi czas. Gra warta świeczki? Z pewnością nie dla zawodników, telewizji i zdecydowanej większości neutralnej widowni. Dziś mecz musiał być wstrzymywany kilkakrotnie, a wskutek ciągłego odpalania dużej ilości pirotechniki wielu widzów wyszło przed końcem meczu. Raz? Spoko, odpalcie i zróbcie trochę dymu (z akcentem na trochę). Ale przebijanie się w liczbie rac jest najzwyczajniej słabe i niczemu nie służy.

PGE Narodowy© Legionisci.com

Rozwiązanie? Tylko w kibicach

Trudno mieć wątpliwości, że barwne oprawy są jednym z najważniejszych elementów, dzięki którym finał Pucharu Polski stał się znany na całym świecie. I przyznaję to całkiem poważnie, ponieważ co roku po finale, w trakcie codziennego przeglądu wieści stadionowych w różnych krajach, widzę te nagłówki krzyczące, żeby koniecznie to widowisko zobaczyć. Nie boiskowe przecież, a to na trybunach. Piszą o nim w Holandii, piszą w USA, piszą w Indonezji. I to jest genialna sprawa, mało kiedy portale sportowe piszą o Polsce z ekscytacją. Trzeba więc docenić, że kibicom chce się robić po kilka opraw w jednym meczu, tego naprawdę nie ma w innych krajach.

Ale są elementy, które kategorycznie trzeba wyeliminować. Choć wiele tradycyjnych mediów chętnie wrzuci do tego worka całe użycie pirotechniki, my nie. Natomiast rzucanie materiałami pirotechnicznymi lub strzelanie nimi to rzeczy niedopuszczalne. Podobnie jak doprowadzenie do długotrwałego zadymienia, które wymusza na części widzów ewakuację z trybun.

Niestety, nie pomogą nawet największe starania ze strony PZPN, policji i innych służb. Widzieliście, jakie dziś były środki ostrożności? Wnoszący oprawę kibice byli kontrolowani przez psy tropiące, samochody przeszukiwane z podwoziem włącznie, a elementy były prześwietlane jak na lotnisku. I mimo to wnieśli tyle pirotechniki, że rozjaśniłaby nieduże miasto.

Nie ma mowy, by całkowicie wyeliminować pirotechnikę, bo ta pojawia się nawet w Anglii, gdzie większość kibiców jej nie lubi. Potrzeba za to znacznie większej świadomości i dyscypliny wśród kibiców. To oni muszą wiedzieć, jaka i jak użyta pirotechnika jest bezpieczna, a jaką można kogoś zabić. I muszą chcieć tych drugich sytuacji się pozbyć. W środowisku są ludzie, którzy doskonale zdają sobie sprawę, kto i co odpala, to w ich rękach jest odpowiedzialność za to, by kolejny rząd nie dostał do ręki argumentu na przykręcenie środowisku kibicowskiemu śruby. Chyba że tego właśnie chcą – kolejnej wojenki i robienia z siebie ofiar złego systemu, choć wszystko jest w ich rękach.

Michał Karaś

Tekst wyraża subiektywną opinię autora i nie musi być zbieżny z poglądami redakcji/wydawcy. Jeśli chcesz na niego odpowiedzieć, wypowiedz się na facebooku lub prześlij odpowiedź na adres: michal@stadiony.net.

Reklama