Finał Pucharu Polski: Narodowy zapłonął

źródło: własne | MK

Finał Pucharu Polski: Narodowy zapłonął To był egzamin dla całego polskiego futbolu. I o ile poziom piłkarski był typowo polski, o tyle poziom widowiska sam w sobie: pierwszorzędny.

Reklama

Legia ma Puchar (2:1), więc w pociągach wracających do Poznania świętowania nie będzie. Ale nawet ważniejsze od wyniku na boisku były wydarzenia na trybunach i wokół Stadionu Narodowego. Media, organizatorzy, ale po prawdzie wszyscy wyczekiwaliśmy, jak przebiegnie najtrudniejszy logistycznie finał Pucharu Polski od wielu lat.

Na boisku było zgodnie z przewidywaniami, czyli ciekawie, ale na polskim poziomie. – Co byśmy nie powiedzieli o tym meczu, to kibice obu drużyn dziś tutaj się pokazali z fantastycznej strony – mówił podczas meczu w Polsacie Wojciech Kowalczyk.

Bo nie tylko na boisku skupiała się uwaga obserwatorów. Na trybunach łącznie 45 322 widzów, w tym ponad 10 tysięcy na białej „ścianie” Legii i niebieskiej Lecha. Już sam fakt, że obie trybuny za bramkami zapełniły się bezproblemowo był istotny. Przemarsz kibiców Legii przebiegał spokojnie, podobnie udało się (według dotychczasowych informacji) przeprowadzić transport fanów Lecha pod północną trybunę.

finał PP© Legionisci.com

A kiedy zaczął się mecz… zaczęło się i na trybunach. I tu pierwsza uwaga: jeśli ktoś myślał, że kibice nie wniosą na Narodowy pirotechniki, to ktoś nie powinien wypowiadać swoich opinii głośno. W końcu nie od dziś wiadomo, że kibic nawet rozebrany do bielizny przechytrzy ochronę – jak pokazali to swego czasu prawie nadzy fani FC Basel w Szwajcarii.

finał PP© Legionisci.com

Dlatego nie dziwi, że od pierwszej chwili na trybunie Lecha rozbłysły race, uświetniające oprawę promującą zalegalizowanie pirotechniki. „Wnosić, palić, depenalizować” – to hasło, z którym (pod pewnymi warunkami) możemy się podpisać i my. Że race są widowiskowe, można było się przekonać jeszcze kilkakrotnie po obu stronach boiska. A że Stadion Narodowy – nawet z otwartym dachem – nie odprowadza dymu optymalnie, można było się przekonać do samego końca meczu, który oglądało się chwilami jak przez lekką mgłę.

Doping głośny i nieustanny – to coś, czego na Narodowym dotąd nie oglądaliśmy. Przy całym szacunku dla uczestników poprzednich meczów (a było przecież już kilka wspaniałych!), tak głośnej atmosfery nie było aż do dziś. Oczywiście wśród gromkich okrzyków zdarzały się te wulgarne, ale tego elementu nigdzie na świecie nie wyeliminowano.

Za decyzje sędziego dostało się też PZPN-owi, jak nakazuje tradycja, choć akurat organizatorzy meczu zasługują na pochwały. O ile w zeszłym roku oprawa finału była mocno ograniczona, w tej edycji finał spotkał się z dużą dbałością o szczegóły, jak dekoracje na bandach czy womitoriach. Kibice otrzymali też do dyspozycji gniazda do prowadzenia dopingu.

Tekst napisany przed wyjazdem kibiców Lecha, którym życzymy spokojnego i bezproblemowego dojazdu do Wielkopolski.

Reklama