Relacja: Nie od razu wielki finał zbudowano

źródło: własne

Relacja: Nie od razu wielki finał zbudowano Miało być jak na finale Champions League, ale skończyło się na przechwałkach. Mimo to wczorajszy mecz to naprawdę dobry start dla finału Pucharu Polski na Narodowym. Nawet jeśli głównym bohaterem byli kibice Zawiszy.

Reklama

Gdy pod koniec kwietnia PZPN wyjaśniał okoliczności dwustronnego bojkotu obu grup kibicowskich, Zbigniew Boniek zapewniał parokrotnie, że organizacja imprezy będzie na poziomie finału Champions League. Nikt nie kazał mu zawieszać poprzeczki tak wysoko, ale trwała wtedy nerwowa walka o zapełnienie trybun przy braku zorganizowanego dopingu.

Tę bitwę PZPN ostatecznie wygrał – wczoraj finał Pucharu Polski oglądało z trybun 37 120 osób. Jeszcze trzy dni temu związek liczył na 30 tysięcy. Niewiele brakowało, a piątkowy mecz przebiłby rekord ostatnich lat – zeszłoroczny rewanż między Legią a Śląskiem (38 tysięcy). Oczekiwania zostały więc przekroczone, chociaż Związek nie ukrywał, że rozesłał zaproszenia do OZPN-ów z całej Polski i ok. 10 tys. wejściówek rozdał, między innymi uczestnikom turnieju „Z Podwórka na Stadion”.

Stadion Narodowy

I choć wczoraj po południu na praskie parkingi rzeczywiście zjeżdżały autobusy z całej Polski, głównie z dziećmi i młodzieżą, to największą siłą na widowni okazali się po prostu fani Zawiszy. Przyjazd tysięcy widzów z Bydgoszczy sprawił, że atmosfera meczu była… po prostu była. Bez nich karkołomne próby ożywienia trybun przez spikera wyglądałyby naprawdę mizernie.

Wielkiego widowiska na trybunach i tak nikt się nie spodziewał, dlatego chwilami wręcz huraganowe okrzyki dla Zawiszy robiły wrażenie, podobnie jak determinacja zdecydowanie mniej licznych fanów Zagłębia, którzy czasem też próbowali się przebić. Można by stwierdzić, że przyjazną atmosferę umożliwiła wzajemna sympatia kibiców obu klubów. Tyle że wczoraj na Stadionie Narodowym były też i barwy Legii, Polski, klubów zagranicznych – coś dla każdego. Brakowało chyba tylko „flagi Zimocha”, która akurat 2 Maja byłaby paradoksalnie całkiem na miejscu. Karnawałowo, wesoło i bez napięć na trybunach. To źle? Niekoniecznie, pod tym względem akurat finały dużych imprez są do siebie podobne.

Podobieństw organizacyjnych do finału Champions League nie było jednak przesadnie wielu. Jasne, PZPN udekorował podium na trybunie głównej, puścił zwrotkę Mazurka Dąbrowskiego, przygotował sztuczny dym, serpentyny i konfetti, ale tu specjalna oprawa się powoli kończy. Listy dopełniły cheerleaderki tańczące frontem do garstki VIP-ów na pustej trybunie głównej i plecami do zwykłych widzów, a zamiast solidnego „obrandowania” wywieszone z balkonu loży były flagi Polski, PZPN, PP i obu finalistów. Pewnie uznalibyśmy, że to w porządku, gdyby nie zapewnienia, że będzie jak na Lidze Mistrzów.

O tym, że ten finał to „Liga Mistrzów po polsku” świadczy też poziom piłkarski, o którym tradycyjnie tylko wspominamy. Bo choć mecz miał naprawdę ciekawe momenty, gra pozwalała widowni też co jakiś czas odpocząć od emocji i skupić się na innych atrakcjach…

Stadion Narodowy

Historyczny pierwszy finał na Narodowym nie był wielkim sukcesem, na niego będzie trzeba jeszcze popracować w kolejnych latach. Z perspektywy tych minionych sukcesem jest już jednak samo to, że wreszcie był na Narodowym i nikt nie znalazł na siłę powodu, by do niego nie dopuścić. Nawet z perspektywy ostatnich dwóch tygodni przyciągnięcie tak dużej liczby widzów, w tym zdeklarowanych kibiców każdej z drużyn, to niemałe osiągnięcie.

I wreszcie, możemy wytykać mniejsze i większe niedociągnięcia, tylko jaki to ma sens? Płacąc za bilet bez żadnej zniżki 15 zł naprawdę nie da się w tym kraju znaleźć większej i lepiej przygotowanej piłkarskiej imprezy. A wspominając finały PP upychane w Bełchatowie i Kielcach (przy całym szacunku!) nie można nie zauważyć, że wczorajszy mecz to zupełnie inna klasa. I oby było już tylko lepiej.

MK

Reklama