Komentarz: Potwór ze Stratford

źródło: własne

Komentarz: Potwór ze Stratford W przeciwieństwie do tego z Loch Ness, wszyscy widzieli go jak na dłoni. Ale nie wszyscy wiedzą, że jest zaprzeczeniem wszystkiego, co miał sobą reprezentować. Londyński „Olimpijczyk” to potwór, który ostatecznie pochłonie tyle, co dwa giganty z Pekinu. Co najmniej.

Reklama

Pamiętacie, kiedy Anglicy pokazywali swój pomysł na Igrzyska pół dekady wstecz? Wtedy stadion olimpijski był kryształowy i finezyjny (poniżej). Mówili „nie pobijemy Pekinu, ale za to nasze Igrzyska będą z pomysłem”. Miało być ekologicznie i z nastawieniem przede wszystkim na odratowanie ważnej dzielnicy, która była plamą na wizerunku Londynu mimo dobrej lokalizacji.

London Olympic Stadium - taki miał być

Międzynarodowy Komitet Olimpijski otrzymał zapewnienie, że po Igrzyskach główny stadion stanie się narodowym stadionem lekkoatletycznym, co dla MKOl ma swoje znaczenie – Londyn to piłkarskie zagłębie, w którym lekkoatletyka nie ma swojego przyzwoitego przyczółka. Ale z pięknych planów prezentowanych w kandydaturze nie zostało dziś prawie nic.

Prosto i tanio. Nie…

Zgodnie z wizją HOK Sport (dziś Populous) nowy stadion olimpijski miał mieć tylko 25 tys. miejsc stałych i 55 tys. tymczasowych. A materiały użyte do tych tymczasowych miały po Igrzyskach 2012 zostać użyte ponownie w innych celach (trybuny na mniejszych obiektach lub recykling). Wszystko w imię ekologii i bardzo modnego ostatnio „sustainability”, czyli zrównoważonego rozwoju. Że taki duży stadion nie będzie potrzebny, że kompleks olimpijski ma stać się centrum sportu dla wszystkich, że odmłodzi dzielnicę, zaktywizuje obywateli, pomoże olimpizmowi w Anglii. To samo w postaci baśni wideo dostępne poniżej:

Te ideały sprawiły, że dyskusyjna uroda zaproponowanego stadionu została przełknięta. Choć z bólem, bo wielu krytyków łapało się za głowy. Podobnie jakoś przeszły jego wady, czyli np. zadaszenie zaledwie 60% widzów. Może i skromnie, ale za to z pomysłem – nie to, co w Chinach. Tak miało być jeszcze jesienią 2007. Wtedy angielskie media podkreślały skrupulatnie, że ich stadion będzie też znacząco tańszy od tego z Pekinu, wycenianego na 423 mln dolarów (wg dzisiejszych kursów ok. 460 mln $).

Byłoby pięknie, ale to nieprawda. Szybko zaczęło się okazywać, że koszty we wstępnych prognozach były, delikatnie mówiąc, bardzo optymistyczne. W październiku 2007 wyszło na jaw, że cena za stadion wzrośnie co najmniej o 70%, do prawie 500 mln funtów. W marcu 2008 z kolei księgowi ministerstwa spraw wewnętrznych ustalili, że szacowane na 16 mln funtów koszty przygotowań ze strony Olympic Delivery Authority (instytucji odpowiedzialnej za przygotowanie Igrzysk) wzrosły do… 570 mln (!). To prawie 3600% wzrostu…

Koniec końców, Stadion Olimpijski w Londynie pochłonął ok. 486 mln funtów, a i to wyłącznie dlatego, że wyjątkowo prosty projekt został jeszcze odchudzony o elementy tak istotne jak zewnętrzna elewacja. Przez długie miesiące wyglądał więc jak szkielet (dopóki prywatny sponsor się nie zlitował i nie opłacił pasów materiału), będąc w tym samym czasie droższym od pekińskiego poprzednika o miliard złotych.

Z pomysłem! A, nie, też nie…

Obywateli wciąż przekonywano, że ich wyjątkowo drogi stadion (przed odchudzaniem ok. 537 mln funtów) jest przynajmniej świetnie zaplanowany i po imprezie zostanie wykorzystany optymalnie. Słowo „legacy” (dziedzictwo) byłoby odmieniane przez wszystkie przypadki, gdyby język angielski miał przypadki. A że nie ma, było po prostu wszędzie.

„Legacy” przyobiecane MKOl było takie, że będzie stadionem narodowym dla lekkoatletów i przede wszystkim, że NIE BĘDZIE TAM FUTBOLU. Choć od początku idei nowego stadionu zgłaszały się kluby chętne go zasiedlić, konsekwentnie im odmawiano. ODA poinformowało nawet ministerstwo spraw wewnętrznych w 2008 roku, że - tu cytat - „użycie stadionu przez klub Premiership zostało uznane za sprzeczne z lekkoatletyką ze względu na odległość między polem gry a widownią, choć kluby rugby i futbolu zgłaszały zainteresowanie”.

Ale przyszły chłodne, mniej idealistyczne analizy. Okazało się, że pozostawienie 25 tys. miejsc i otwarcie tego stadionu na rzadkie, mało popularne i niedochodowe imprezy lekkoatletyczne będzie generowało straty. Niespodzianka? Naprawdę? Kogoś dziwi, że pusty stadion traci?

W 2010 ruszyła procedura wyboru gospodarza. Tym razem nie było już żadnego sprzeciwu wobec klubów piłkarskich, bo nikt jak one nie daje gwarancji zapełnienia trybun. Mało tego, do startu dopuszczono nawet propozycję Tottenhamu, który chciał zburzyć stadion i zbudować sobie w jego miejscu piłkarski, bez bieżni. A obietnice dane MKOl? Oj tam, oj tam. Tak miał wyglądać:

Procedura padła, ale nie przez otrzeźwienie organizatorów, tylko przez sprzeciw właśnie Tottenhamu, który był zły, że wygrał West Ham, więc znalazł na niego haka. Skutecznego, bo sąd utrącił postępowanie. Ruszyła ponowna procedura, która trwa do dziś. Zamiast zapowiadanych buńczucznie „kilkunastu chętnych” zgłosiły się cztery podmioty. Trzy z nich to kluby piłkarskie (West Ham, Leyton Orient i Burnley FC), czwarty zamierza organizować na stadionie wyścigi Formuły 1. Jakoś dziwnie nikt nie pali się do lekkoatletyki.

Z przyszłością? Kto by to wiedział…

Ale bieżnia zostaje – to warunek postawiony w powtórzonej procedurze. No i pojawił się problem, bo właściwie co z nią zrobić? Kibice West Hamu (bo choć startują inni, to wygra najpewniej ten klub) w przeciwieństwie do właścicieli klubu mają przed oczami nie obrazki z liczenia kasy z 60 tys. biletów, tylko z liczenia zawodników z odległości 40 metrów. No ale bieżnia musi być. W praktyce stadion nawet z nią nijak się ma do zapowiedzi narodowego stadionu lekkoatletycznego, ale jest to jakieś szukanie kompromisu.

Kto za ten kompromis zapłaci? Ci państwo. Znaczy, podatnicy. Po zakończeniu Igrzysk 2012 trzeba będzie wydać jeszcze ok. 150 mln funtów (!) na dostosowanie obiektu do potrzeb piłkarzy i ich kibiców, a pieniądze pójdą na to z kasy państwa. Trzeba poszerzyć dach. Ten sam, który jest mały dla oszczędności i „legacy”. Dolne trybuny zostaną zmienione tak, by rozsuwały się po bieżni bliżej boiska. To rozwiązanie bardzo drogie nie tylko w budowie, ale i w użytkowaniu. A efekt? Widzowie będą bliżej tylko pod warunkiem, że trybuny będą bardzo płaskie, więc i tak widoczność do bani.

Przekłamana wizualizacja West Ham

Dlatego trudno się dziwić, że wielu kibiców jest wściekłych na zarząd „Młotów”, który forsuje przeprowadzkę i do tego manipuluje informacjami. Pal licho, że widoczna powyżej wizualizacja przekłamuje odległość trybun od boiska czy w ogóle pole widzenia. Władze West Hamu posunęły się do tego, że pokazały plany grupce ludzi i po ich aprobacie rozpowiadały, że „kibice znający plany je popierają”. A kiedy sami kibice dla sprawdzenia przeprowadzili ankietę, okazało się, że być może nawet 90% jest przeciwko.

W efekcie dziś, półtora roku po starcie procedury mającej szukać nowego zastosowania dla stadionu, wiemy okrągłe zero. Bo o ile wnioski zostały złożone na tydzień przed Olimpiadą, o tyle organizatorzy nie podali żadnego terminu ich rozpatrzenia i podania preferowanego partnera na najbliższe 99 lat. Z terminami są zresztą na bakier nie od dziś, bo ponad rok temu ogłosili, że stadion jest gotowy. Musieli, by daty z umów się zgadzały. Ale gotowy nie był – ułożyli po prostu murawę na placu budowy i uśmiechnęli się do zdjęć, rzucając od niechcenia, że „bieżnię dołoży się później”.

Sustainability po londyńsku

Jesteśmy świeżo po otwarciu Igrzysk. Było imponujące i wbijało w fotel. Ale Igrzyska to 3 tygodnie. Co potem? Na pewno do 2015 roku na stadionie nie będzie się działo nic. Trzeba przecież go przebudować, by spełniał czyjekolwiek oczekiwania. Wydatki na całą inwestycję w optymistycznym wariancie zbliżą się do 650 mln funtów (3,5 mld zł), jeśli do tego czasu potwór ze Stratford nie sprawi kolejnej niespodzianki...

PS: Zastanawiałem się, czy wypada o tym pisać teraz. W końcu Anglicy mają swoje chwile radości i chwały, a nie chcemy być jak BBC kąsające w krytycznym momencie. Ale prawda jest taka, że ten tekst w Anglii „raczej” echem się nie odbije. Do tego angielskie media o problemach wymienionych powyżej piszą nie od dziś. A naprawdę krew człowieka zalewa, kiedy czyta i słucha w polskich mediach, że londyński stadion jest innowacyjny i świetnie pomyślany. Ostatni raz wyglądał świetnie na papierze 6 lat temu i powinien był w takiej formie pozostać.

Tekst wyraża subiektywną opinię autora i nie musi być zbieżny z poglądami redakcji/wydawcy. Jeśli chcesz na niego odpowiedzieć, prześlij odpowiedź na adres: michal@stadiony.net.

Reklama