Finał Pucharu Polski: Chaos pod bramą 10

źródło: własne | MK

Finał Pucharu Polski: Chaos pod bramą 10 Podczas gdy cała uwaga medialna skupiła się na odpalaniu pirotechniki, środowy finał Pucharu Polski miał jeszcze jedną ciemną stronę, na którą zwracają uwagę kibice Arki, a która przeszła niemal niezauważona.

Reklama

Po finale Pucharu Polski głównym punktem debaty publicznej są race. Bo i jak to możliwe, że na PGE Narodowym wprowadzono szczególne środki ostrożności, a kibice podczas meczu odpalają setki rac, świec dymnych, a ktoś nawet strzela z rakietnicy? Gdy z trybun niesie się gromkie „Zobacz Boniek co zrobiłeś, całe piro dziś wpuściłeś”, a w dach lecą rakiety, to i nie dziwne, że prezes PZPN po meczu mówi o końcu dialogu i zapowiada „game over” w relacjach.

Tyle że pirotechnika to nie jedyny istotny temat. Ba, potencjalnie znacznie groźniejsze rzeczy działy się jeszcze przed meczem, na północnym przedpolu stadionu. Tutaj kibice Arki czekali na finał PP po wyjściu z 6 pociągów specjalnych. O ile po przyjeździe do Warszawy fani z Pomorza publikowali w mediach społecznościowych zdjęcia z rozpalonymi grillami i relaksem na błoniach wokół PGE Narodowego, o tyle ich wejście na stadion nie było już tak sielankowe.

pod bramą nr 10

Ponad 10 tysięcy przyjezdnych z Gdyni wchodziło na największy polski stadion północną bramą nr 10 (podział stadionu widoczny powyżej), a na dostanie się na trybuny mieli dwie godziny, bramę otwarto o 14:00. Początkowo przepuszczanie kibiców przez pierwszy punkt kontrolny (kontrola była trzystopniowa – przyp. red.) odbywało się płynnie, ale wraz z gęstnieniem tłumu zaczęły się problemy.

W pewnym momencie przewróciły się barierki i zamiast dwunastu przejść do dyspozycji zostały tylko trzy. Pracownicy ochrony z tarczami utworzyli wąskie gardło, by uniemożliwić wlanie się tłumu na teren obiektu. To w oczywisty sposób utrudniło wejście na stadion, a ścisk pod bramą zaczął być nie do zniesienia.

pod bramą nr 10

Pod stadionem na fanów czekało więcej policji niż spodziewali się po zeszłorocznym finale i atmosfera była bardziej napięta. – Czegoś takiego w historii finałów Pucharu Polski jeszcze nie było. Oddziały zwarte z tarczami, polewaczka, nawet nielegalne w Polsce ultradźwięki (auto z nadajnikiem LRAD – przyp. red.) – wylicza Mariusz „Megafon” Jędrzejewski, koordynator ds. współpracy z kibicami w Arce. Ostatecznie ani polewaczka, ani inne masowe środki nie zostały użyte, ale pałki chwilami szły w ruch.

Wersja operatora obiektu na temat rozwoju wypadków jest zgoła inna. PGE Narodowy oskarża kibiców Arki o próbę sforsowania bramy i celowe zniszczenie barierek. – Oddziały prewencyjne policji naprawdę stanęły tu na wysokości zadania i zareagowały na nasze prośby o wsparcie. Przechwycili wiele rac i zatrzymali tłum – opowiada rzeczniczka Monika Borzdyńska.

Nie mamy w tej chwili potwierdzenia tej wersji wydarzeń, tj. próby wejścia „z bramą”. A podkreślamy to z jednego prostego powodu: często w sytuacjach silnego naporu organizator odbiera działanie tłumu jako celową próbę sforsowania bramy, podczas gdy ludzie z przodu tłumu nie mają wpływu na to, że są pchani przez tych z tyłu, też chcących się dostać na mecz.

Z jednej strony nieprzepustowa brama, a z drugiej policja. W środku coraz większy tłok. O ile chwila ścisku nie brzmi jak problem, o tyle w przypadku kibiców Arki mówimy o okresie sięgającym nawet 90 minut w pełnym słońcu. W tym czasie kibice ponad swoimi głowami podawali wózki, dzieci i osoby niepełnosprawne, by uchronić je przed rosnącym zagrożeniem.

pod bramą nr 10

Jeśli komuś coś spadło pod nogi, mógł się z tym pożegnać, bo nie było mowy o schyleniu się bez ryzyka stratowania. Zgniatani coraz bardziej kibice na przedzie tłumu prosili o przepuszczenie ich do oddalonego o kilkanaście metrów kolejnego punktu kontrolnego w obawie o swoje zdrowie. Bez skutku.

Tymczasem za ich plecami ludzie mdleli od rosnącej ciasnoty. – Udokumentowanych na zdjęciach mam pięć osób wynoszonych na noszach, a przecież niektórzy nie stracili całkowicie przytomności, nie prosili o pomoc i przy wsparciu innych weszli na stadion – relacjonuje SLO Arki. Takich relacji zebraliśmy od środy już kilkanaście z różnych miejsc wokół bramy nr 10.

pod bramą nr 10

pod bramą nr 10

Tak, ludzie dosłownie mdleli i nie można było udzielić im pomocy, ponieważ nie było do nich dostępu. Inna sprawa, że o tę pomoc początkowo nie można było się doprosić. Funkcjonariusze i pracownicy ochrony zachowywali się tak, jakby kibice próbowali ich oszukać. – Dopiero, kiedy zażądałem od policjanta podania imienia i nazwiska i zapytałem, czy na pewno odmawia udzielenia pomocy poszkodowanym, ten zmienił zdanie – tłumaczy Jędrzejewski.

To tylko jedna z chwil, kiedy skojarzenia z Hillsborough są aż nazbyt jednoznaczne. I nie bezpodstawne, nawet jeśli wydaje się na wyrost, ponieważ w przypadku prawie wszystkich katastrof na stadionach przyczyną śmierci jest niedrożność lub blokada ciągów komunikacyjnych i niekontrolowana ciasnota. Powstałe trochę z przypadku „wąskie gardło”, brak strategii działania po tym incydencie, napierający i niemożliwy do kontrolowania tłum, a do tego bagatelizowanie zagrożenia dla widzó przez służby w imię postrzegania ich samych jako zagrożenia.

Na szczęście do punktu krytycznego nie doszło i sytuację udało się rozładować. Nie mamy informacji o żadnych poważnych obrażeniach, udzielono jedynie doraźnej pomocy medycznej. Wszyscy kibice zdążyli wejść na trybuny ok. 10 minut przed pierwszym gwizdkiem, ale po przejechaniu prawie 400 kilometrów na mecz te ostatnie 50-100 metrów dla wielu będzie najgorszym wspomnieniem z finału.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Mariusza Jędrzejewskiego

Reklama