Poznań: Wojewoda szantażuje klub? Prezes jest wściekły

źródło: GlosWielkopolski.pl

Poznań: Wojewoda szantażuje klub? Prezes jest wściekły W bardzo mocnych słowach prezes Lecha wyraził swoją opinię o poczynaniach policji i wojewody wielkopolskiego. Obie strony sugerują, by Lech… złamał prawo i nałożył zakazy wstępu na kibiców, którym nikt nic nie udowodnił.

Reklama

Przed upadkiem komunizmu zmuszano osoby wyjeżdżające na Zachód do podpisywania lojalek, w ramach których te osoby zobowiązywały się do „szpiegostwa”. Dziś pan wojewoda stosuje ten sam mechanizm oferując w zamian „mniejsze zło” – mówi dla „Głosu Wielkopolskiego” Karol Klimczak, prezes KKS Lech Poznań. – Stawia nas pod ścianą i mówi: podpiszcie, to zamknę tylko trybunę. Nie podpiszecie, zamknę wam stadion. Nie zgodzimy się na żaden układ i szantaż. To już nie jest atak tylko na naszych najwierniejszych kibiców i klub. To jest atak frontalny na wszystkich, którzy chodzą na Kolejorza.

O co chodzi? Na wniosek policji wojewoda wielkopolski zażądał od Lecha, by klub nie tylko zamknął trybunę południową Inea Stadionu. Oczekiwanie jest takie, by klub nałożył również zakaz wstępu na jeden mecz dla wszystkich, którzy na tej trybunie mieliby zasiąść. Byłby to czyn niezgodny z prawem, ponieważ żadnemu z widzów nic nie udowodniono. Jeśli jednak Lech się nie zgodzi, może otrzymać karę zamknięcia całego stadionu – tak sprawę opisuje Lech.

Inea Stadion

Policja stawia swoje oczekiwania po incydencie z zakończonego sezonu, podczas którego w tzw. „Kotle” odpalono pirotechnikę w dużej ilości. – To nie jest kara, ale zapobieganie potencjalnym incydentom w przyszłości – argumentuje Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Tyle że trudno w tej karze znaleźć jakiekolwiek prewencyjne wartości. Trybuna zostanie zamknięta na jeden mecz – co dalej?

-Jak zamknięcie stadionu ma poprawić na nim bezpieczeństwo? – pyta retorycznie prezes Karol Klimczak. – To nie jest prewencja, tylko sankcja. I to sankcja na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej. Mamy tu zderzenie dwóch rzeczywistości. Jednej, w której pirotechnika jest elementem kultury kibicowskiej służącej efektownym oprawom, a nie stwarzaniu jakiegokolwiek zagrożenia. I rzeczywistość przepisów, absurdalnych, ale obowiązujących, które jako takie zagrożenie ją definiują. Walcząc z nimi przy pomocy rac ryzykujemy coraz więcej, bo zamknięciem już nie jednej trybuny, ale ostatnio nawet całego stadionu. Dlaczego niby na wybryku kilkunastu, może kilkudziesięciu osób ma cierpieć 20 tysięcy?

W Urzędzie Wojewódzkim przekonują, że nie ma mowy o szantażu. Tu nałożenie niezgodnego z prawem zakazu na widzów nazywane jest „sugestią”. – Stąd też pojawiła się sugestia pod adresem klubu, by wykorzystał prawne i techniczne możliwości do tego, by na najbliższy mecz nie wpuścić tych kibiców na stadion, aby nie stwarzali oni zagrożenia na innych trybunach. Klub odparł, że takiej możliwości nie ma. To nie było ultimatum – przekonuje Tomasz Stube, rzecznik wojewody.

O stawianiu klubom podobnych „wyborów” na pograniczu prawa było słychać również w innych przypadkach, nie tylko w Poznaniu. W Krakowie prezes Wisły Jacek Bednarz zgodził się na taki krok po incydencie z rzucaniem rac na boisko. Nałożył zakazy na osoby, którym nikt nic nie udowodnił. W tej grupie byli na pewno sprawcy, ale też kilka tysięcy osób, które niczemu winne nie były. W odpowiedzi spotkał się ze zmasowaną krytyką i trwającym od miesięcy bojkotem meczów, wskutek którego frekwencja spadła drastycznie, a straty klubu stale rosną.

Decyzja odnośnie ewentualnego zamknięcia trybuny lub całego stadionu na pierwszy mecz rozgrywek 2014/15 ma zapaść w poniedziałek, 30 czerwca.

Reklama