Norwegia: Im się udało, ale chcą jeszcze więcej legalnych rac

źródło: własne

Norwegia: Im się udało, ale chcą jeszcze więcej legalnych rac Już tylko dwa dni dzielą nas od konferencji na temat pirotechniki w Gdańsku. Zapytaliśmy jednego z kluczowych uczestników, reprezentanta norweskiego Rosenborga, jak to wygląda w Norwegii. A wygląda obiecująco i bardzo rozsądnie.

Reklama

Przypominamy, że już 8 listopada na PGE Arenie po raz pierwszy w historii Polski odbędzie się konferencja na temat pirotechniki i możliwości jej legalizacji. Wydarzenie pt. „Pirotechnika na stadionach: element kultury kibicowskiej czy przestępstwo?” organizują Kibice Razem Gdańsk oraz stowarzyszenie kibiców Lechii Gdańsk Lwy Północy. I choć to inicjatywa oddolna, zapowiedzieli się na niej reprezentanci władz od samorządu po ministerstwa.

Jednym z gości będzie Norweg Arne Christian Eggen, kibicujący od lat Rosenborgowi jako członek grupy Tifo Trondheim 05, a od niedawna pełniący również rolę specjalisty ds. kibiców w tym klubie. Rosenborg i Norwegia pojawiają się nieprzypadkowo, ponieważ właśnie w Norwegii pirotechnika została zalegalizowana kilka lat temu, a Rosenborg jako klub należy do pionierów.

Przed czwartkową konferencją poprosiliśmy Arne, by przybliżył naszym czytelnikom sytuację w Norwegii. Bo choć race są tam legalne, to ich odpalanie podlega wielu ograniczeniom. Jaką drogę trzeba pokonać, by przeprowadzić pokaz? – Na początek trzeba uzyskać zgodę lokalnej straży pożarnej i policji, we współpracy ze swoim macierzystym klubem. Potem pokaz musi zatwierdzić nasza krajowa federacja NFF. By uzyskać zgody musimy wyznaczyć bezpieczne miejsca, w których będziemy odpalać pirotechnikę. Musimy mieć też wiaderka z piaskiem dla wygaszania rac, a przed odpaleniem musimy ostrzec ludzi wokół, że race będą odpalane – wylicza Arne.

Zapewnia jednak, że sprawa nie jest zamknięta, a kibice nie poprzestaną na rozwiązaniach, które udało im się wywalczyć. Idzie wolno, ale do przodu. – Pracujemy przeciwko ludziom, którzy traktują pirotechnikę, jakby była wynalazkiem samego diabła. Mamy nadzieję, że w przyszłym sezonie będzie już nowy zapis, który zalegalizuje każdy pokaz tak długo, jak ten będzie się odbywał pod okiem przeszkolonego pirotechnika – zapowiada Eggen.

Dziś bowiem niespełnienie któregoś z powyższych warunków owocuje karami. Są one co prawda dużo niższe niż w Polsce, ale wciąż dotkliwe. Przede wszystkim kara uderza w klub, ponieważ istnieje założenie, że to właśnie klub odpowiada za zachowanie swoich kibiców. NFF nalicza więc wysokie grzywny, a osobne grzywny, już znacznie niższe, otrzymują kibice, jeśli policja zidentyfikuje osoby odpalające wbrew regułom. Za pierwsze „przyłapanie” kibic otrzymuje grzywnę rzędu tysiąca euro (w Polsce od 2 tys. zł wzwyż, do ok. 5 tys. – przyp. red.). Za każde kolejne ta kara rośnie.

Zapytaliśmy jeszcze wprost, czy Norwegom nie szkodzą takie incydenty, jak ten z udziałem kibiców Legii. Przypomnijmy, że w meczu na stadionie Rosenborga odpalili oni materiały pirotechniczne, które doprowadziły do spalenia paru krzesełek. – Legia, jaka Legia? – śmieje się Arne, udając, że już sprawy nie pamięta. – Przeciwnicy pirotechniki oczywiście starają się użyć tego jako zapowiedzi wydarzeń po zalegalizowaniu rac. Ale my odrzucamy takie rozumowanie, bo podobne wypadki dzieją się właśnie wtedy, gdy race odpala się w sposób niekontrolowany. Nie sądzę, żeby to miało realny wpływ na nasze działania. Nasz klub nie robił z tego problemu, policja też – zapewnia nasz rozmówca.

Reklama