Komentarz: To co, czekamy aż kogoś zabiją?

źródło: własne | MK

Komentarz: To co, czekamy aż kogoś zabiją? Od wielu lat wspieramy legalizację pirotechniki, ale w takich sytuacjach nie da się powiedzieć nic poza: nie, po prostu nie. Mało istotne, że takie incydenty wbijają gwóźdź do trumny legalnym racom. One mogą wbić ten gwóźdź komuś.

Reklama

Derby Krakowa przyzwyczaiły mnie już do różnych rzeczy, ale są i takie, których po latach dziczenia obu stron mimo wszystko się nie spodziewałem. Wczorajszy wieczór mógł dosłownie kosztować kogoś życie. I nie ma w tym zdaniu słowa przesady, bo o ile race są stosunkowo małym zagrożeniem, o tyle wystrzeliwanie rakiet w stronę widowni wielokrotnie prowadziło już do śmierci kibiców, od Boliwii do Indonezji, wliczając po drodze Hiszpanię, Francję czy Wyspy Brytyjskie.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to w dużym skrócie: wczoraj bandyci uważający się za kibiców Cracovii wnieśli na stadion nie tylko race, ale też ognie rzymskie, fajerwerki i Bóg jeden wie co jeszcze, czym z premedytacją nie tylko rzucali, ale i wystrzeliwali w kierunku sektora gości. Pociski wybuchały w ciasno wypełnionym sektorze, rozbryzgując się na setki odłamków. Nie raz, nie dwa – strzelali do oporu. Nie chodziło o widowisko, nie chodziło o prowokację. Chodziło o to, żeby zrobić komuś krzywdę. I to poważną krzywdę.

Poparzenia, zniszczone ubrania – to mamy już potwierdzone. Na szczęście nie było doniesień o gorszych stratach, a przecież w historii europejskich meczów mamy już urywane palce, rozrywane twarze i organy wewnętrzne, amputowane oczy. Jeśli ktoś pyta „no i co z tego?!”, to po pierwsze jest idiotą, a po drugie... dużo z tego.

Już tłumaczę, dlaczego: bo usiłowanie zrobienia drugiej osobie potencjalnie nieodwracalnej krzywdy jest najzwyczajniej złe i powinno zostać ukarane. Do nich nie dotrze, wiem. Skoro nie zmienią nic kary finansowe, zakazy wyjazdowe i zamykanie stadionu, to tym bardziej jakiś tekścik na jakiejś stronce internetowej. Ale ktoś musi powiedzieć to głośno, skoro na innych serwisach prowadzonych przez kibiców jest cisza. Tym bardziej!

Jako strona od lat jesteśmy po stronie legalizacji rac. Dzwoniliśmy do posłów, pisaliśmy do wielu instytucji, wliczając UEFA czy Radę Europy, byliśmy nawet zapraszani do konsultowania raportów. Rozmawialiśmy z wieloma ekspertami z kraju i zagranicy, opisujemy przypadki bezpiecznej legalizacji pirotechniki ze świata. Jesteśmy mali i jest nas raptem dwóch (poza genialnymi współpracownikami i przyjaciółmi serwisu!), nie mamy wielkiego zasięgu. Ale jasno wskazujemy, że jesteśmy za oprawami z barwną i efektowną pirotechniką, gdy korzystają z niej ludzie odpowiedzialni. Bronimy argumentów nawet interweniując u znacznie większych od nas.

Nie zmienimy swojego stanowiska po takich sytuacjach, ale dziś ze smutkiem stwierdzam z całą pewnością, że polskie środowisko kibicowskie do legalnej pirotechniki po prostu nie dorasta. Na wypadek, gdyby ktoś uważał, że ekstrapoluję zachowanie grupki bandytów na całe środowisko, że wyolbrzymiam, to nie – nie ma mowy.

To, że kilkudziesięciu bandytów na oczach tysięcy ludzi i przed kamerami telewizyjnymi pozwoliło sobie na taki akt przemocy, o czymś świadczy. To, że nie ma jednoznacznego potępienia po stronie środowiska kibicowskiego – też. Po pierwsze, tej tony materiałów pirotechnicznych nie wnieśli przypadkowi przychodnie, zdradzieccy Obywatele RP czy janusze z sektora rodzinnego. To zrobili... KMWTW, którym – mam wielką nadzieję – ktoś będzie wkrótce słał PDW. Tak, mam nadzieję, że policja ich wyłapie.

Bo kiedyś trzeba powiedzieć dość. I tu pojawia się „po drugie”. Gdzie dziś są stowarzyszenia kibicowskie? Dekadę wstecz wyrastały na cywilizowaną, godną publicznego zaufania reprezentację kibiców, na partnerów do dialogu. Dziś wydają się – nie wszystkie, rzecz jasna – zawłaszczone przez konkretne frakcje i chętniej zajmują się ideologizowaniem niż budowaniem publicznego zaufania. Tak, wiem, akcje charytatywne, działalność obywatelska – to wszystko jest potrzebne. Ale nie może być używane jako przeciwwaga lub alibi dla otwartego akceptowania przemocy. Czy ktoś z reprezentantów środowiska, ktoś z „grup nieformalnych” albo „osób decyzyjnych” powie otwarcie, że gdzieś jest granica? Stowarzyszenie Cracovia to My – może Wy? Nie? Na coś czekacie?

Michał Karaś

Tekst wyraża subiektywną opinię autora i nie musi być zbieżny z poglądami redakcji/wydawcy. Jeśli chcesz na niego odpowiedzieć, wypowiedz się na facebooku lub prześlij odpowiedź na adres: michal@stadiony.net.

Reklama