Komentarz: Wielka historia całkiem niewielkiej flagi

źródło: własne

Komentarz: Wielka historia całkiem niewielkiej flagi Mamy dzień przerwy, Polacy już nie grają, można więc odnieść się do tego, co w ostatnich dniach urosło do rangi ogólnonarodowego wydarzenia. Na tyle, że nawet po odpadnięciu Polski dziennikarze sprawdzali, co dalej czeka wielką flagę (spocznie w magazynie – szok!). Ale ani ona wielka, ani specjalnie wyjątkowa.

Reklama

Tylko Euro 2012 może być czasem takiej głupawki, że telewizory informują o zjedzeniu przez zawodników śniadania, o „przeglądzie stylizacji meczowych Ronaldo w fazie grupowej” (niestety, dosłownie) albo o tym, które zwierzę najskuteczniej przepowiada wyniki, co najmniej jakby ludzie mieli do nich przychodzić z życiowymi problemami, podczas gdy one po prostu dostają dwie porcje paszy przed kamerą. No i oczywiście wybory najpiękniejszej Natalii Siwiec na trybunach. Jakby rozchylanie ust i dekoltu przez profesjonalną modelkę na widok fotoreporterów miało choć odrobinę związku z kibicowaniem. Wartość informacyjna – żadna. Rozrywkowa – wątpliwa.

Niestety, w tę groteskę wspaniale wpisuje się szopka wokół „FLAGI GIGANT”, jak krzyczały nagłówki w zeszłym tygodniu. Relacje z gliwickiej szwalni, w których można było usłyszeć, ileż to metrów zszyły już szwaczki i jak to my całemu światu pokażemy. Oj, jak żeśmy pokazali. 30x50 metrów. Wow, przecież to format... drugiej ligi. Oczywiście fakt, że flaga nie zasłoniła ani jednego sektora w pełni, nie zmienił nastawienia mediów informujących, że oto „jedna czwarta stadionu” została przykryta i to jest ten czas, kiedy rozpiera nas duma. Jedna czwarta? Chyba stadionu na Oporowskiej, bo na pewno nie tego przy Śląskiej. Znacznie większe flagi pokazywaliśmy światu w rodzimych ligach i były one też nieporównanie bardziej efektowne.

A przy tym bardziej autentyczne. Czym innym jest flaga opłacona przez dwóch biznesmenów po medialnym wystąpieniu komentatora radiowego, a czym innym płótno szyte i/lub malowane (tygo)dniami przez kilkudziesięciu kibiców za uciułane u współfanów i wyłożone z własnej kieszeni pieniądze. To coś jak kupienie przez klub lub sponsora szalików i flag żeby kibice machali nimi w wywołanych przez spikera momentach. Zero spontaniczności i zero prawdy na trybunach, bo marne to wsparcie, kiedy zamiast inicjatywy samych fanów ktoś robi coś za nich, a oni udają zaangażowanie. Kiedy zamiast śpiewać widzowie mają skakać w rytm piosenki z głośników, itd.

Dla mnie oglądanie efektownej oprawy to nie tylko podziwianie jej rozmiarów i tematu (z tym ostatnim różnie zresztą bywa), ale przede wszystkim ogromny szacunek dla ochotniczej pracy podjętej bez wynagrodzenia, a przeciwnie - z własnymi nakładami przez kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt osób. Przy takiej oprawie sobotnie odsłonięcie Flagi Zimocha wywołuje u mnie tylko rozczarowanie i niesmak. To dowód na to, że nie było komu zrobić tego oddolnie, że nie pomyślano przed Euro o samym kibicowaniu (tym prawdziwym, nie o wdziękach Natalii Siwiec) i musiał sytuację polskiej atmosfery na trybunach ratować dziennikarz i biznesmeni.

Wielu czytelników pewnie nie czuje tej różnicy, co tylko dowodzi, w jakim świecie żyjemy. W świecie, w którym PZPN miał na wyciągnięcie ręki kibiców szyjących flagi, którzy otworzyliby Euro jak żadne wcześniej, ale postanowił zerwać z nimi relacje na rzecz utworzenia nibykibicowskiej organizacji ludzi płacących pieniądze dla PZPN, na co normalni fani się nie zgodzili. Ale wielu ludzi nie ma problemu z dołączeniem do Klubu Kibica Reprezentacji Polski Sp. z o.o.

„Flaga Zimocha” to fajna akcja sama w sobie (bez bzdurnej otoczki), można ją tylko pochwalić i trzeba wierzyć, że dla wielu to było coś autentycznie ważnego. Pewnie okaże się też w jakimś stopniu pożyteczna na dłuższą metę, bo wielu ludzi usłyszało po raz pierwszy słowo „sektorówka” i to w pozytywnym kontekście. Ale warto też zapytać, dlaczego nie ma przy naszej Reprezentacji właśnie kibiców, którzy sami zrobiliby wielką flagę, a nie czekali, aż Rosjanie pokażą swoją i sprowokują redaktora i biznesmenów do takiej reakcji.

W tej kwestii pamięć polskich mediów sięga niestety tylko do meczu otwarcia Euro, jakby wcześniej futbol i kibicowanie nie istniały. Jakby wielkich i niesamowitych opraw nie było w wykonaniu polskich kibiców. Jakby takiej flagi nie można było pokazać na otwarcie Euro, zanim zdążyli to zrobić Rosjanie. W Sport.pl pojawił się wczoraj tekst o największych sektorówkach, w którym autor dowiódł, że temat zna od 15 minut, a jego wiedza opiera się na 10 pierwszych wynikach z YouTube pod hasłem „giant flag”. Bo oczywiście żadnej znanej z polskich stadionów nie było (choć tych większych od „Zimoszki” nie brakowało).

I jeszcze coś. Dopiero co w rundzie wiosennej sektorówki w Polsce były przedstawiane prawie jak narzędzie zbrodni. Jako kibolski atrybut umożliwiający popełnianie przestępstw. Przecież policja w Warszawie oficjalnie zakazała na stadionach pokazywania sektorówek, za którymi rzekomo ukrywają się przestępcy (a co robią przestępcy? Przestępstwa popełniają!). Ciekawe, że swoich własnych interpretacji prawa nie zastosowała w czasie Euro 2012 na Narodowym.

Byłoby pięknie liczyć, że entuzjazm (czasem przypominający niezdrowe podniecenie) przy okazji „Flagi Zimocha” przełoży się na bardziej rozsądne podejście dziennikarzy i policji do kibiców już po Euro. W końcu nie wypada być hipokrytą i skoro pozwalają Rosjanom czy Zimochowi, a potem mówią o tym jako o czymś wyjątkowym, niech pozwolą też innym, dla których to też będzie wyjątkowe. Ale najpewniej pod tym względem pamięć okaże się tak krótka jak w przypadku historii polskich sektorówek, w której pierwszą „flagę gigant” dla wielu dziennikarzy uszył redaktor Tomasz Zimoch.

Tekst wyraża subiektywną opinię autora i nie musi być zbieżny z poglądami redakcji/wydawcy. Jeśli chcesz na niego odpowiedzieć, prześlij odpowiedź na adres: michal@stadiony.net.

Reklama