Niemcy: Kibice coraz bliżej legalnej pirotechniki

źródło: własne

W tym tygodniu minęło ultimatum postawione kibicom przez niemiecki związek piłkarski. Do 22 sierpnia miało nie być incydentów związanych z pirotechniką. Zdali egzamin. Teraz ruch jest po stronie władz. Zapraszamy na rozmowę Stadiony.net z koordynatorem kampanii społecznej na rzecz pirotechniki.

Reklama

Pyrotechnik Legalisieren – Emotionen Respektieren” – taka jest pełna nazwa niemieckiej kampanii dążącej do legalizacji materiałów pirotechnicznych. Swoje działania rozpoczęli w zeszłym roku, dziś skupiają uwagę opiniotwórczych ogólnokrajowych mediów, mają oficjalne poparcie siedmiu klubów piłkarskich i przede wszystkim – mają głos w debacie o kształcie niemieckich trybun. Działacze coraz częściej mówią, że trzeba ich postulaty wziąć pod uwagę.

Ostatnim sprawdzianem był postulat DFB (odpowiednik PZPN – przyp. red.), by ultrasi w Niemczech od 15 lipca do 22 sierpnia wstrzymali się z użyciem materiałów pirotechnicznych. Na ich prośbę nie publikowaliśmy informacji o sprawie przed upływem terminu. Z czasem jednak same grupy kibicowskie w Niemczech zaczęły oficjalnie potwierdzać w oświadczeniach, że tymczasowo zawieszają wykorzystywanie materiałów pirotechnicznych, by uszanować wymóg związku piłkarskiego.

W zamian DFB zapowiedziało, że wesprze legalizację pirotechniki tam, gdzie będą gotowe projekty prawne legalnego użycia pirotechniki (w Niemczech prawo jest różne zależnie od landu – przyp. red.). Ultimatum minęło na początku tygodnia i kibice mogą powiedzieć, że egzamin zdali – nie było w wymienionym okresie żadnego znaczącego incydentu. Teraz czekają na realizację zapowiedzi działaczy, a my zapraszamy na rozmowę z jednym z koordynatorów kampanii, kibicem Dynama Drezno.

Pyrotechnik Legalisieren

Skąd w ogóle pomysł na kampanię dla legalizacji pirotechniki na stadionach?

Mieliśmy już bardzo dobry wzór z Austrii, gdzie kibice stworzyli inicjatywę „Pyrotechnik ist kein Verbrechen” (pol: pirotechnika to nie przestępstwo). Dla wielu grup w Niemczech to był modelowy przykład. Jeden z organizatorów tamtej kampanii miał nawet przyjechać na nasze pierwsze spotkanie, ale ostatecznie mu się nie udało. 

Czyli po prostu poszliście śladami sąsiadów?

Nie do końca. W drugiej połowie 2010 roku doszło do znaczącego zaostrzenia represji wobec grup ultras i kibiców w ogóle. Medialne doniesienia stawiały znak równości między zamieszkami a racami i w pewnym momencie mieliśmy kulminację tej masowej histerii. DFB nałożyło bezprecedensowe sankcje. Pierwszy raz pojawiły się zakazy wyjazdowe, były wysokie grzywny. Oczywiście kibice i tak jeździli dalej. 

Ale nie byliście zadowoleni z rozwoju sytuacji...

W październiku 2010 wiele grup i stowarzyszeń kibiców przyjechało do Berlina na wielką manifestację w obronie kultury kibicowskiej. Dla wielu z nas to wydarzenie w połączeniu z samokrytyczną oceną naszych działań było sygnałem, że trzeba coś zmienić w naszej publicznej działalności. Dwa tygodnie później przedstawiciele 50 grup ultras z całych Niemiec zjechali do Hanoweru. Pierwsze wspólne oświadczenie wydaliśmy po kolejnych 3-4 tygodniach.  

Więc w kampanii przedstawiciele 50 różnych grup mówią jednym głosem?

Tak i nie. Nasza inicjatywa nie jest scentralizowana. Na początku chcieliśmy wypracować jedno optymalne rozwiązanie dla wszystkich, ale szybko się okazało, że nie ma czegoś takiego. Dlatego wszystko sprowadza się do pracy w zasięgu lokalnym. Niektórym grupom było nieco łatwiej, bo już wcześniej miały swoje pomysły i budowały relacje z lokalnymi władzami piłkarskimi, samorządami, a w niektórych przypadkach nawet z policją. 

W skali kraju też współpracowaliście ze sobą?

Oczywiście. Jest stała wymiana doświadczeń i informacji, by każdy mógł jak najwięcej skorzystać z tego, co wypracowują inni. Komunikujemy się głównie przez Internet, bo tak jest najwygodniej, ale liderzy grup spotykają się też ze sobą i omawiają aktualne wydarzenia. 

I żadne klubowe animozje nie przeszkadzają?

O chęć udziału w projekcie zapytaliśmy wszystkie liczące się grupy. Nie poszliśmy do wszystkich w kraju, bo nie było na to czasu – musieliśmy korzystać z tego, co udało się pokazać demonstracją w Berlinie. Najważniejsze jest to, że nikt nie był przeciwny, choć nie wszyscy byli przekonani od początku. Niektórzy zresztą wciąż nie są oficjalnie wspominani w komunikatach między innymi z powodu relacji z innymi. Ale niezależnie od tego mamy ich wsparcie. 

Czyli macie czołówkę grup kibicowskich z Niemiec i... co dalej?

Oczywiście prowadzimy kampanię na stadionach, wieszając transparenty z logo inicjatywy, rozdając ulotki innym kibicom i używając z czasem coraz więcej pirotechniki (w miesiącach poprzedzających 15 lipca – przyp. red.). Ale z drugiej strony jasno informujemy, czego nie będziemy robić. Grupy zdystansowały się od niektórych rodzajów pirotechniki, jak petardy hukowe czy rakietnice. Nie ma też mowy o powodowaniu zagrożenia przez rzucanie racami w kierunku boiska czy innych trybun. Tylko używając pirotechniki „z głową” możemy pokazać, że ogień na trybunach nie oznacza przemocy. 

Ale też używając więcej pirotechniki narażacie się na większe restrykcje.

Z jednej strony tak, ale z drugiej tylko w ten sposób możemy oznajmić, czego tak naprawdę chcemy i jak dobrze można się bawić, nie powodując zagrożenia. I obserwatorzy są pod wrażeniem. Doszło do tego, że narodowy związek piłkarski wydaje się traktować nas jako poważnego partnera. Mieliśmy już pierwsze spotkanie z przedstawicielami DFB w marcu, kolejne w lipcu i na wrzesień zaplanowane jest następne. 

Przez te kilka miesięcy udało się wypracować jakieś porozumienie z władzami?

W tej chwili nie mamy jeszcze nic solidnego. Są deklaracje, że trzeba rozważyć nasze postulaty i obie strony mają przeświadczenie, że tylko razem możemy dojść do porozumienia. Jesteśmy w trochę trudnej sytuacji prawnej, bo skoro jest to nielegalne, to wielu działaczy czy zawodników nie chce się wychylać ze swoim poparciem – to nie jest w ich kręgach popularna opinia.

Reklama