Bezpieczeństwo: Każdy ma swój pomysł, nikt nie czuje się winny

źródło: własne

Minister sprawiedliwości chce by to rząd decydował o pozwoleniach na imprezy masowe. Lech i Legia deklarują kary dla chuliganów, a PZPN... podniesienie cen biletów. Tymczasem policja bada, dlaczego jej pracownicy wnioskowali o wpuszczenie na mecz Piotra Staruchowicza. To echa wtorkowego finału Pucharu Polski. Za to w środę karniści fatalnie ocenili jedno z rozwiązań proponowanych na Euro 2012.

Reklama

Rząd powie, czy jest bezpiecznie

Przypomnijmy, że po wtorkowym meczu doszło do niewielkich zamieszek na stadionie bydgoskiego Zawiszy. Przed meczem policja wydała negatywną opinię na temat bezpieczeństwa planowanego finału Pucharu Polski (jednak jedynie wokół obiektu, nie na nim), ale opinia policji ma tylko charakter doradczy, nie jest decydująca. Władze Bydgoszczy nie przystały więc na propozycję odwołania meczu, argumentując, że opinia została wydana na tydzień przed spotkaniem i nie było czasu, by zorganizować imprezę inaczej niż według pierwotnych planów.

W związku z tym minister sprawiedliwości zapowiedział w środę, że w przyszłości decyzje na temat pozwolenia na organizację imprezy masowej mogą zapadać na szczeblu centralnym. Dziś wygląda to tak, że organizator składa wniosek w swojej gminie, a po zapoznaniu się z opiniami służ ratunkowych wójt/burmistrz/prezydent wydaje zgodę lub odmawia. - Chcemy, żeby zgodę na mecz wydawała administracja rządowa, a nie jak do tej pory władze lokalne. Taki mecz jak wczoraj nie będzie miał prawa się odbyć – powiedział Krzysztof Kwiatkowski dla RMF FM.

PZPN bez winy

- My zrobiliśmy wszystko jak należy. Spełniliśmy wszystkie żądania policji, rozmawialiśmy z kibicami obu drużyn i oni zapewniali nas, że nie będzie żadnych rozrób, prowokacji. Do momentu zakończenia rzutów karnych byłem zachwycony zachowaniem kibiców Lecha. Nie było żadnych rac, żadnych burd. Zaczęło się po prowokacji kibiców Legii... - tłumaczył na środowej konferencji prasowej prezes PZPN Grzegorz Lato. Zdzisław Kręcina twierdzi z kolei, że fatalnie interweniowała policja, która była jego zdaniem nieprzygotowana na taką sytuację i działała nieudolnie.

Czy PZPN zrobił wszystko jak należy? To on organizował mecz, więc to też on odpowiada za bierność i nieprzygotowanie ochroniarzy podczas meczu. Jednak Związek ustami swojej rzeczniczki zapewnił, że zrobił wszystko jak należy i nie ma sobie nic do zarzucenia. Za szkody (ok. 300 krzesełek, elementy ogrodzeń i systemu nagłośnienia) zapłaci, ale odcina się od pretensji za wpuszczenie chuliganów. - To nie my rozprowadzaliśmy bilety. Robiły to kluby. Lech swoim kibicom, Legia swoim. To kluby powinny się wstydzić za te zachowania, to one sprzedawały bilety. My np. nie chcieliśmy sprzedać biletu "Staruchowi", poprosiła nas o to policja - powiedział Grzegorz Lato.

Receptą na chuliganów ma być podniesienie cen biletów? Na pewno brzmi jak sposób na poprawę budżetu PZPN, ale wiele wskazuje na to, że ten nietypowy "niby" sposób walki z chuliganami podejmie Związek już od meczu z Francją w czerwcu. W środę Lato stwierdził w Gdańsku, że PZPN zamierza odstraszyć bandytów cenami. Mamy złe doświadczenia, gdy wejściówki są tanie. Zależy nam, aby na mecze zamiast chuliganów przychodziły rodziny z dziećmi - mówił prezes PZPN. Pojawia się tylko pytanie, od kiedy droższe bilety sprzyjają zabraniu na stadion rodziny?

Starucha” rekomendowali policjanci

O wejściu na stadion kontrowersyjnego lidera kibiców Legii zdecydowała policja, a konkretnie Wydział ds. Zwalczania Przestępczości Pseudokibiców Komendy Stołecznej Policji. Jego naczelnik Radosław Ścibiorek poprosił PZPN, aby umożliwił zakup biletu „Staruchowi” w oficjalnym piśmie. Staruchowicza nie obowiązuje bowiem zakaz wstępu na mecze pucharowe, ale tylko na spotkania Ekstraklasy. Zgodnie z prawem więc nie było podstaw, by nie wszedł na stadion, a jego obecność mogła pozytywnie wpłynąć na zachowanie innych, oszczędzając policji problemów. Tak przynajmniej głosi jedna z hipotez na temat jego obecności, bo oficjalnego stanowiska policji nie doczekamy się aż do zakończenia wewnętrznej kontroli. Do tego czasu Radosław Ścibiorek został zawieszony.

Kluby i kibice oświadczają

Legia od „ubolewania”, a Lech od „dezaprobaty” - tak finaliści Pucharu Polski zaczynają oświadczenia wydane po aktach wandalizmu i przemocy dokonanych przez osoby, którym sprzedali bilety. Co ciekawe, Legia ani słowem nie zająknęła się, że mimo spokojnego zachowania ogromnej większości osób świętujących na murawie, wśród jej kibiców również znalazła się garstka prowokatorów. Jeden z ludzi na boisku rzucił racą w kierunku kibiców Lecha, niektórzy wdali się w przepychanki ze służbami porządkowymi. O nich klub milczy, za to Lechowi wypomina, że tam chuligani byli. Ani słowa nie ma też o Piotrze Staruchowiczu, który miał bilet z puli dystrybuowanej przez Legię, choć ta nałożyła na niego zakaz uczestnictwa w swoich meczach. W dodatku po spotkaniu „Staruch” razem z piłkarzami podniósł trofeum, choć obowiązuje go kara za uderzenie jednego z nich.

Do pisma wystosowanego przez Lecha też można mieć zastrzeżenia. Klub zapowiedział co prawda, że wystąpi o materiały z monitoringu, by ukarać chuliganów. Warto jednak pamiętać, że podobnie Lech zapowiadał (i występował o udostępnienie danych chuliganów) już po meczu z Wisłą Kraków, kiedy... sam był organizatorem i sam powinien podjąć się identyfikacji. Lepiej na tym tle wypada oświadczenie Wiary Lecha, która już zapowiedziała, że kibice pokryją szkody spowodowane w ich sektorze przez ludzi uważających się za kibiców Lecha. Fani odcięli się kategorycznie od zajść spowodowanych przez niewielką grupę.

Sądy odmiejscowione w ogniu krytyki

Nie minął dzień od wydarzeń z Bydgoszczy, a w ogniu krytyki znalazła się instytucja sądów odmiejscowionych, czyli po prostu rozpraw na stadionie. Według ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego zapewniłoby to szybkie sądzenie za wybryki, w których wina jest ewidentna. Przy okazji chuligani mieliby być chronieni przed odbiciem przez popleczników. Sędzia łączyłby się z salą rozpraw przez telekonferencję, a obrońcy dyżurowaliby na stadionie. Wstępnie pomysł jest zakładany na Euro 2012, ale docelowo może być stosowany powszechnie.

Miesiąc temu Naczelna Rada Adwokacka uznała pomysł za gniot. W środę do tej opinii w równie krytycznym tonie dołączyli przedstawiciele Krajowej Rady Sądownictwa i Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. Typologia przestępczości stadionowej wskazuje, że do większość czynów dochodzi nie podczas meczów na stadionie sportowym, ale poza nim, w trakcie i po zakończeniu piłkarskiego widowiska – zauważa Komisja Kodyfikacyjna Prawa Karnego. Podkreśla, że nie znajduje żadnego powodu do stosowania tak wyjątkowej formy postępowania przygotowawczego w normalnych warunkach. I mówi „nie" propozycji, nawet gdyby miała obowiązywać tylko podczas Euro 2012. To rozwiązanie w opinii ekspertów nie tylko nie ułatwi procesów, lecz wręcz stworzy pole do powstawania trudności. Po pierwsze, istnieje dużo większe ryzyko błędów w orzekaniu, a po drugie to właśnie na stadionie skumulowanie oskarżonych, obrońców i policji może prowadzić do chaosu, niepokoju i w rezultacie do odwrotnego skutku od tego oczekiwanego.

Reklama