Komentarz: Jak (znów) nie organizować wejścia kibiców

źródło: własne [MK]

Komentarz: Jak (znów) nie organizować wejścia kibiców Organizatorzy odrobili skrupulatnie lekcje po poprzednich edycjach, z wyjątkiem tylko dwóch: jak zapewnić bezpieczeństwo kibicom i jak nie kłamać po zawaleniu swojego zadania.

Reklama

Nie było podpalonego dachu, bo trybuny dla 20 tysięcy przyjezdnych odgrodzono siatką podwieszoną pod sam dach. Niezbyt piękne, ale skuteczne rozwiązanie. Nie było też przerwania meczu z powodu przesadnego zadymienia, ponieważ zadymienie było najwyżej umiarkowane i dało się z tym żyć.

Nie umieli zapewnić bezpieczeństwa

Gdyby nie fakt, że samo widowisko piłkarskie było skrajnie marne, w zasadzie warto by PZPN i PGE Narodowy pochwalić. Tak? Nie, w żadnym razie. Drugi rok z rzędu pod bramą nr 10 mogło dojść do tragedii. Pod tą samą bramą, pod którą rok temu ratownicy musieli udzielać pomocy tracącym przytomność fanom Arki Gdynia, a ludzie podawali sobie dzieci i niepełnosprawnych nad głowami, żeby ich ratować przed zgnieceniem.

W tym roku nie było może aż tak drastycznie, ale to marne pocieszenie. Apelujący przez megafon lider kibiców prosił z płotu o odsuwanie się od bramy, ponieważ ludzie z przodu są zgniatani. Z kolei ci zgniatani w pewnym momencie spotkali się z agresją ze strony policji.

Dla funkcjonariuszy najlepszym wyjściem z sytuacji okazało się rozpylanie gazu łzawiącego w tłum ludzi, którzy nie mieli gdzie ani jak uciec, a nawet nie byli sami winni temu, że osoby z tyłu pchają ich na policjantów. A ponieważ gaz nie dyskryminuje nikogo, dostało się tak wieloletnim wyjazdowiczom, jak i kobietom z dziećmi.

Sytuacja rozeszła się po kościach, kibice zachowali zimną krew, nie napierali. Po chwili wpuszczano fanów dalej. Można odetchnąć z ulgą. Drugi rok z rzędu udało się i ludzie „tylko” mdleli.

Teraz nie umieją wziąć odpowiedzialności

Nieumiejętność zapewnienia bezpieczeństwa to jedno. Ale próba nieudolnego zrzucenia winy na kibiców to osobny problem. Podobnie jak przed rokiem, operator stadionu i PZPN usiłują umyć swoje (wcale brudne!) ręce od całego problemu i wmówić wszystkim, że to chuligani są wszystkiemu winni. I drugi rok z rzędu jest to w najlepszym razie gruba manipulacja.

PZPN i PGE Narodowy wspólnie opublikowali oświadczenie po finale, w którym krytykują zachowanie kibiców Lechii. Pierwsze kłamstwo pojawia się już w pierwszym zdaniu, w którym organizatorzy twierdzą, że kibice mieli możliwość wejścia na stadion już od 9:30. To ciekawe, skoro ostatni pociąg z Gdańska wyjechał o 10:20. Organizatorzy doskonale o tym wiedzieli, wszystko było koordynowane, więc dlaczego udają zaskoczenie, że nieliczni wchodzili o poranku?

Zakładając nawet, że pierwszy pociąg był już w Warszawie o tej 9:30, jakim cynikiem trzeba być, by oczekiwać od ludzi, że od razu pójdą na stadion? Po co mieliby to robić? Siedzieć przez 5,5 godziny wpatrzeni w puste boisko? Organizator ma obowiązek przewidywać zachowanie uczestników, a nie oczekiwać od nich, że będą dla jego wygody robić rzeczy niezgodne ze swoim interesem. Drogi PZPN, drogi PGE Narodowy – jeśli chcecie, żeby kibice wchodzili na stadion od rana, to zaoferujcie im atrakcje od rana. Jeśli nie, to nie dziwcie się, że – jak wszędzie na świecie – kibic przychodzi na stadion mniej niż dwie godziny przed meczem.

Kłamstwo nr 2. „Większa część kibiców, nie chcąc poddać się kontroli wejścia polegającej na sprawdzeniu odzieży wierzchniej i bagażu, zaprzestała wchodzenia na obiekt, grupując się przed bramą wejściową. Zebrany tłum dopiero na około godzinę przed rozpoczęciem meczu zaczął napierać na bramę wejściową stadionu.”

Po pierwsze, nie może być prawdą, że większa część z 10 tysięcy kibiców spiskowała na przedpolu stadionu i że celowo nie poddawali się kontroli. Ludzie stali dosłownie pod bramami na 2 godziny przed meczem, nie ociągali się – mamy na to relacje z tłumu, chętnie skonfrontujemy je z monitoringiem. Po drugie, mamy bardzo wiarygodną relację dr. Radosława Kossakowskiego (szczegółowo rozpisaną na Weszło), który na prawie 2 godziny przed meczem stanął w kolejce, ok. 15 metrów od bramy. Pokonanie tego dystansu zajęło mu prawie godzinę i czterdzieści minut.

Finał

Po trzecie, nie można się dziwić tłumowi oczekującemu na wejście, że w pewnym momencie napiera. To wynika z samej specyfiki tłumu – rośnie dyskomfort i napięcie, spada ilość czasu na wejście. Zarządzania tłumem powinniśmy chyba móc oczekiwać od organizatora największego meczu w polskiej piłce klubowej, nie? Jeśli na godzinę przed meczem kibice widzą, że nie zdążą wejść, to starają się przeć naprzód, nieświadomi tego, co ich napór może zrobić z ludźmi z przodu. Wiecie – tymi spychanymi na policję.

Po czwarte wreszcie, nawet gdyby teoria o celowym działaniu części kibiców była prawdziwa, to czy usprawiedliwia nieprzygotowanie na taki scenariusz? Dokładnie taki sam „spisek” przypisywano rok temu kibicom z Gdyni i „najlepszym rozwiązaniem” okazało się... nie wyciągać z tego wniosków, a potem pryskać ludziom gazem po oczach?

Kolejny rok z rzędu wpuszczaniem 10 tysięcy ludzi zajmuje się garstka stewardów (indywidualnych bramek było 15-16), a potem wielkie zdziwienie, że powstają zatory, robi się nerwowo i wchodzi policja. Gdyby to było tłumaczenie „starego” PZPN-u z czasów Grzegorza Laty i Zdzisia Kręciny, to jeszcze by pasowało. Od dzisiejszego Związku można chyba oczekiwać więcej.

Dlaczego odpowiedzialność ma znaczenie

Zaniedbania organizacyjne to poważny problem, ale próby stosowania spychologii i szukania kozła ofiarnego w kibicach też powinny martwić. Powód jest prosty: prawie każda tragedia stadionowa ma miejsce wskutek złego zarządzania tłumem, w tym w efekcie błędów, do jakich dochodziło również w Warszawie w ostatnich finałach. I po tych największych wina zawsze (dosłownie) zrzucana jest na kibiców.

W 2017 w Hondurasie zła organizacja wejścia na stadion i użycie gazu (brzmi znajomo?) doprowadziły do paniki i zabiły cztery osoby, a to dosłownie pierwszy przykład z brzegu, jeden z niewielu opisywanych w Europie. Naprawdę nie zamierzam sięgać aż do Hillsborough, żeby takie wypadki znaleźć. To się dzieje na świecie regularnie i wstyd, żeby w 38-milionowym, rozwiniętym kraju ludzie mdleli w tłumie rok w rok. Bo ktoś stworzył 15 bramek wejściowych dla 10 tysięcy ludzi i według własnych słów nie wpadł na to, że przyjezdni nie pójdą się nudzić na trybunach 5 godzin przed meczem.

Pozwolę sobie na znamienny cytat. – Kiedyś ludzie przychodzili o 8:00, żeby obejrzeć mecz o 16:00. Dziś, kiedy mecz jest o 20:00, ludzie przychodzą o 19:00. A kiedy mamy 20 tysięcy przychodzących na 19:00, to najzwyczajniej nie mamy dość bramek wejściowych. To takie proste. I wszystko jest w porządku, bez krzyku czy nerwów, ale tylko do momentu, kiedy zaczyna się mecz. Wtedy ludzie prą na bramę. To naprawdę dzieje się za każdym razem, a my dalej to robimy i dalej wychodzimy na głupków.

Tych słów nie wypowiedział nikt z PZPN ani PGE Narodowego. To wypowiedź ze spotkania przed derbami między Kaizer Chiefs i Orlando Pirates z 27 marca 2001. Miała ostrzec organizatorów, że wisi nad nimi tragedia. Dwa tygodnie później nie żyły 43 osoby. Skala problemów była inna niż w Warszawie (tam dochodziły jeszcze osoby próbujące wejść bez biletów), ale przyczyna ta sama: organizatorzy latami ignorowali znany punkt zapalny i woleli zrzucać winę na niesfornych kibiców za każdym razem. A wystarczyło poprawić organizację na trzech bramach stadionu – po prostu brakło woli.

I naprawdę może się wydawać, że „u nas to się nie zdarzy”, ale tylko do chwili, kiedy jednak się zdarzy. Nowoczesny stadion nie będzie żadnym ratunkiem, kiedy myślenie jest jeszcze z poprzedniej epoki. Zwłaszcza, gdy chorobliwa walka z racami (uwaga, spoiler: kibice i tak je wniosą) wygrywa z rozsądkiem.

Michał Karaś

Tekst wyraża subiektywną opinię autora i nie musi być zbieżny z poglądami redakcji/wydawcy. Jeśli chcesz na niego odpowiedzieć, wypowiedz się na facebooku lub prześlij odpowiedź na adres: michal@stadiony.net.

Reklama