Czy budowa stadionów jest ekonomicznie uzasadniona?

źródło: Stadiony.net

Czy budowa stadionów jest ekonomicznie uzasadniona? Gdy pojawia się plan budowy stadionu, wszyscy są zachwyceni, przeglądają wizualizacje, dane dotyczące pojemności oraz, przede wszystkim, ile będzie kosztować jego budowa. W Polsce budowę stadionów finansują miasta, bo mało który klub jest stać na udźwignięcie takiego ciężaru finansowego. Czy jest dla kogo?

Reklama

Idealną sytuacją wydaje się taka, w której piłkarska drużyna ma nowoczesny i duży stadion, który w dniu meczu zapełnia się po brzegi. I nie brakuje dobrych przykładów. Kluby jak hiszpańska Barcelona i Real Madryt, większość zespołów Bundesligi czy Premier League są doskonałym materiałem badawczym. Ba. Kluby z tych lig regularnie czynią starania na rzecz rozbudowy tych stadionów (np. wspomniana Barcelona i Real) albo budowie całkiem nowych i większych (np. Tottenham).

Stadion Wrocław

Sytuacja idealna. Klub zapełnia w całości albo chociaż w większości stadion, rosną przychody ze sprzedaży biletów i dnia meczowego, kibice i sponsorzy zachwyceni. A jak sponsorzy widzą, że klub cieszy się dużą popularnością, to chętniej do klubu przychodzą – koło się zamyka, interes kręci. I to nie tylko mali sponsorzy, ale także gigantyczne firmy chcące się przez klub reklamować, coraz liczniej również te związane z hazardem czy zakładami bukmacherskimi, jak na przykład Spin Palace "kasyno na żywo". A rosnące wpływy z marketingu, że klub ma coraz większy budżet, może pozwolić sobie na zakup prawdziwych gwiazd futbolu.

Problem w tym, że nie każdy klub to Barcelona czy Manchester United. Weźmy jako przykład naszą rodzimą Ekstraklasę. Nowa umowa sprzedaży praw telewizyjnych znacząco zwiększy budżety naszych klubów. Większe budżety to nie tylko lepsi gracze, ale także lepsze szkolenie młodzieży.

W całej Polsce powstają kompleksy treningowe finansowane coraz częściej przez kluby, ale też dofinansowywane z MSiT. Świetny pomysł na kształcenie przyszłych wychowanków klubów, których to najbardziej kochają kibice, a których późniejsza sprzedaż może wzmocnić klub finansowo.

Ze stadionami nie jest inaczej – już prawie wszystkie ważne kluby Ekstraklasy grają na nowoczesnych stadionach, jakich w naszej części Europy długo nie było. Problem w tym, że po budowie stadion trzeba utrzymać, a trybuny zapełniać niezależnie od wyników. Domknięcie budżetu największych aren – tych powstałych na Euro 2012 – wymaga ośmiocyfrowych wyników, ponieważ utrzymanie przekracza 10 mln zł rocznie. W przypadku nieco mniejszych aren Legii czy Wisły Kraków mówimy wciąż o kwotach rzędu 4-5 milionów.

By takie koszty zbilansować, trzeba umieć zapełnić więcej niż co drugie krzesełko. W przeciwnym razie zawsze ktoś traci – albo klub, albo miasto, albo obie strony umowy, zależnie od jej warunków. Wynajęcie stadionu od miasta, opłacenie ochrony, pokrycie pewnych kosztów użytkowania stadionu (media, catering, stewardzi) – to może przewyższać zyski z dnia meczowego.

To problem szczególnie stadionów budowanych pod wielkie turnieje, a więc dla potrzeb FIFA czy UEFA, a nie lokalnej drużyny i społeczności wokół niej. Wszystko wygląda świetnie przez 3-4 mecze turniejowe, a wielkie federacje zarabiają krocie. Później stadion okazuje się kukułczym jajem czy – używając innej matefory – gorącym kartoflem, z którym nie wiadomo co zrobić.

Niektóre z takich aren (pamiętamy mistrzostwa np. w RPA, Brazylii czy Korei i Japonii) po turnieju po prostu stoją odłogiem. Niewiele się na nich dzieje, po prostu niszczeją.

W Polsce dobitnym przykładem jest Wrocław, gdzie wyblakłe już krzesełka są boleśnie widoczne podczas dosłownie każdego meczu. Nawet derby z Zagłębiem Lubin, mecz przyjaźni z Lechią czy przyjazd Legii nie są w stanie zmobilizować widzów na tyle, by zapełnić obiekt w więcej niż połowie. Śląsk nie zdołał nawet zbudować frekwencji w chwili zdobycia mistrzostwa kraju na nowym wciąż stadionie.

Do tego kłopoty wizerunkowe coraz częściej towarzyszą dużym arenom, ponieważ dziennikarze i społeczeństwo coraz krytyczniej patrzą na wielkie inwestycje tego typu. To zresztą zjawisko światowe, ponieważ trudno znaleźć rzetelne analizy, które potwierdziłyby tezy stawiane od końca lat 90., że nowe stadiony są katalizatorami rozwoju dla całego miasta. Mają swoje niewątpliwe zalety, ale też i ciężar związany z powstaniem (miasta zostają z kredytami) i utrzymaniem. Wrocław znów jest tu dobrym przykładem. Z jednej strony miasto może się poszczycić świetnym procentem wynajmu powierzchni w tzw. fasolkach (biurowce ukryte za membraną stadionu) i coraz prężniejszym klubem biznesowym. Z drugiej – co roku stadion traci po kilka milionów, wciąż nie udało się znaleźć sponsora, a zamiast planowanej przed laty galerii przy nim wciąż oglądamy dziurę w ziemi.

W polskich realiach trudno o przesadny optymizm. Kluby wciąż rzadko są w stanie przejąć całość zarządzania stadionami, nie wspominając o ich budowie i samodzielnym utrzymaniu. Z drugiej strony jednak nie należy popadać w rozpacz – Ekstraklasa rośnie stabilnie tak pod kątem budżetów, jak pod kątem frekwencji. W dużej mierze dzięki nowym stadionom właśnie!

Reklama