Finał PP: Szósty największy, trzeci nie dla Lecha

źródło: własne | MK

Finał PP: Szósty największy, trzeci nie dla Lecha Wyjątkowego pecha do finałów Pucharu Polski mają piłkarze i kibice Lecha Poznań. Z kolei Arka Gdynia i siedem pociągów jej fanów teraz świętuje!

Reklama

Odkąd finał Pucharu Polski przeniósł się na stałe na PGE Narodowy, frekwencja z roku na rok rosła. Najpierw 37 tysięcy oglądało blade Za-Za, czyli pojedynek Zagłębia i Zawiszy, a później było już tylko goręcej (nawet za gorąco w zeszłym roku). W każdym kolejnym roku grali przeciwko sobie Legia i Lech, gromadząc 45 i 48 tysięcy, ale tym razem warszawski zespół odpadł już w 1/16 rozgrywek.

Pojawiło się więc pytanie: czy impreza bez udziału Legii dorośnie do rangi widowiska z ostatnich dwóch lat? Pod względem widowni nie udało się. Na poprzednie dwa finały wejściówki schodziły momentalnie, tym razem były dostępne do samego końca. Mimo to na widowni pojawiło się – według zapewnień PZPN – 43 760 osób. To szósty najwyższy wynik w historii finałów PP, nawet jeśli nieco niższy niż w ostatnich dwóch latach.

Na początek krótka pochwała dla PZPN. Czwarty finał na PGE Narodowym pokazuje, że organizatorzy coraz lepiej znają ten obiekt - dopracowanie brandingu i ceremonii jest coraz lepsze. Pochwała była krótka, ponieważ do ideału wciąż daleko, gdy część kibiców wchodzi na stadion dopiero w trakcie meczu. Większych kryzysów jednak nie znaleźliśmy.

Na pewno w głowach wielu z Was zapala się lampka: halo, a race? Tak, było ich więcej niż śmielibyśmy próbować zliczyć. Na początku pierwszej połowy, na początku i w trakcie drugiej, a potem w dogrywce, w chwili przypieczętowania triumfu Arki. My mówimy wprost: dla nas race używane odpowiedzialnie nie są problemem, a żaden organizator na świecie nie znalazł jeszcze recepty na powstrzymanie kibiców przed ich wnoszeniem. Nie zrzucimy tego na PZPN ani kluby.

Teoretycznym ułatwieniem dla organizatorów i służb zabezpieczających mecz był fakt, że spotykali się kibice zaprzyjaźnionych drużyn, ale organizacja widowiska o tej skali nie zaczyna się w chwili ustalenia finalistów. Z jednej strony przeciwko sobie stanęli bowiem przyjaciele, ale z drugiej… po raz pierwszy kibice obu drużyn przyjechali do Warszawy pociągami. A to oznacza konieczność upchnięcia na warszawskie stacje dodatkowych 14 składów!

Dla kibiców Lecha dzisiejszy mecz to coś w rodzaju deja vu (wyjątkowo bolesne, biorąc pod uwagę wynik). Trzeci raz z rzędu organizowali przewóz kilkunastu tysięcy osób z czterech miast (poza Poznaniem również z Piły, Gniezna i Ostrowa Wielkopolskiego), trzeci raz z tą samą trasą i dojazdem na ten sam dworzec (Warszawa Stadion). Kibice wynajęli aż 7 pociągów, z czego 3 od Intercity, a 4 od Przewozów Regionalnych. W sumie z Wielkopolski do Warszawy pojechało ok. 14 tysięcy osób, z czego ok. 3 tysiące to fani z biletami na sektory neutralne, a reszta na trybunę północną. Tak wielu sympatyków Lecha nie było na dotychczasowych finałach.

Dla kibiców Arki tegoroczny wyjazd to znacznie większa sprawa. 10 tysięcy osób to nie tylko klubowy rekord dla meczu wyjazdowego, to też o 2 tysiące więcej niż na co dzień ogląda Arkę w Gdyni! Gdynianie również wynajęli na dzisiejszy wyjazd aż 7 pociągów, przy czym ich składy kierowano na stację Warszawa Wschodnia, skąd do Narodowego mieli trochę ponad kilometr.

O wrażeniach jednych i drugich dowiemy się pewnie jutro, ponieważ ostatnie pociągi dowiozą ich z powrotem dopiero po świcie. Najdłużej oczekujący fani Arki mają odjazd dopiero po 1 w nocy, a ostatni kibice Lecha wsiądą do swoich wagonów 15 minut później. Z dużym prawdopodobieństwem zgadujemy, że znacznie lepiej będą ten finał wspominać ci z Pomorza, choć jutro kac może być bolesny też w Poznaniu…

Reklama