Recenzja: Stadion Narodowy pierwszy raz po Euro 2012

źródło: własne

Recenzja: Stadion Narodowy pierwszy raz po Euro 2012 Z okazji organizacji Superfinału PLFA – polskiego Super Bowl – chcieliśmy się przekonać, jak sprawdził się Narodowy przy pierwszej większej imprezie od Euro. Swoją subiektywną ocenę przedstawia Bartosz Otorowski.

Reklama

Stadion na tę okazję wynajęła Polska Liga Futbolu Amerykańskiego, by drużyny finalistów Warszawa Eagles - Seahawks Gdynia mogły zmierzyć się ze sobą w obecności blisko 25 000 widzów, największego tłumu oglądającego futbol amerykański w historii Polski.

Organizatorzy przewidzieli ceny wejściówek od 25 do 250 zł. W przypadku tzw. biletu rodzinnego rodzinny dla grupy min. 3 osób, w której jedna z nich była niepełnoletnia, wejściówka była dostępna już od 20 zł. Zatem dla osób, które nie miały jeszcze okazji zwiedzić areny meczu otwarcia Mistrzostw, była to dość atrakcyjna cena.

Małe zamieszanie spowodował podział kibiców w ostatniej chwili na tych z biletami drukowanymi samodzielnie a biletami zakupionymi i dostarczonymi w tradycyjny sposób. Wejściówki były ręcznie skanowane, co na szczęście tylko trochę przedłużyło wejście na teren obiektu.

Firma zatrudniająca stewardów, z której usług korzystano także podczas meczów Mistrzostw Europy, musi część z nich koniecznie wysłać na dodatkowe szkolenie z topografii stadionu. Jak inaczej tłumaczyć fakt, że trzech spośród pięciu z nich zapytanych o najkrótszą drogę na wskazane krzesełko kierowała nas drogą okrężną, co powodowało m.in. konieczność "przebijania się" przez zajęte rzędy siedzisk? Oznaczenie sektorów jest na szczęście na tyle czytelne, że większość ludzi sobie radziła, choć bywali i tacy, którzy lądowali o parę rzędów od swoich miejsc. Same krzesełka po kilku większych imprezach odczuwają już pierwsze ślady zużycia i stosunkowo łatwo ulegają zadrapaniu i rysowaniu.

Stadion Narodowy w WarszawiePonieważ temperatura powietrza o godzinie 17:00 przekraczała 25 stopni, istniały obawy, że całkowicie zadaszony na Superfinał stadion okaże się nieprzyjemnie gorący w środku. Nic takiego nie miało na szczęście miejsca z racji wystarczającej przewiewności obiektu między dolnym a górnym poziomem.

Znacznie większym problemem było zdublowanie sprzedawanych przez organizatorów biletów. Już na sektorze okazywało się, że ok. 100 osób zmuszonych było do zmiany miejsc na te położone w innej części trybuny, gdyż dwoje widzów miało na bilecie wydrukowany dokładnie ten sam numer miejsca i decydowała zasada "kto pierwszy, ten lepszy". Spóźnieni byli odsyłani na inne miejsca pochodzące ze specjalnej puli, a stewardom za taki stan rzeczy obrywało się najbardziej, mimo że winą za błędny wydruk obarczyć należy PLFA. Gwoli usprawiedliwienia (?) można wspomnieć, że z podobnymi problemami mierzyli się też organizatorzy się podczas niedawnego koncertu grupy Queen na Stadionie Miejskim we Wrocławiu. Z punktu widzenia widza – sytuacja nie do zaakceptowania.

Należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden dość istotny problem, który pojawił się nie tylko w Warszawie, a który znany jest z innych aren. Po raz kolejny okazało się, że widz kupujący najtańszy bilet może swobodnie usiąść w dowolnym (i droższym) sektorze, ponieważ służby na stadionie nie kontrolują wspomnianej „migracji”. Z punktu widzenia osób które kupiły bilet za 80 zł a obok nich jakimś trafem usiadły się osoby które zapłaciły za bilet czterokrotnie mniej, sytuacja jest – delikatnie rzecz ujmując – nie do końca w porządku.

Innym mankamentem, który nie został jeszcze rozwiązany, była konieczność półgodzinnego oczekiwania w kolejce do punktów gastronomicznych (i to w trakcie meczu, podczas przerw czas ten ulegał jeszcze wydłużeniu!) co także jest wynikiem nie do przyjęcia.

Osobom, które z różnych pobudek muszą w trakcie widowiska na chwilę opuścić swoje miejsce, na pewno nie pomaga brak jakichkolwiek transmitujących wydarzenie telewizorów LCD, które stają się aktualnie standardem i poprawiają komfort.

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, prawdziwą plagą na Stadionie Narodowym jest regularne zanieczyszczanie siedzisk przez dostające się do środka gołębie, co powoduje istotne przedłużenie czasu przygotowania stadionu do imprez. Na szczęście służby porządkowe poradziły sobie z tym problemem, bo w niedzielę ptasie odchody nie były specjalnie zauważalne.

Tyle jeśli chodzi o problemy związane z funkcjonowaniem obiektu, od którego wymagać trzeba najwięcej. Nie tylko z racji rangi Stadionu Narodowego, ale chociażby gigantycznych kosztów jego budowy. Kibic wybierający się na ul. Ks. Poniatowskiego niezależnie od charakteru imprezy winien spotykać się tam z najwyższą jakością obsługi.

Reklama