Ich Euro: Mladen (2)

źródło: własne

Ich Euro: Mladen (2) Przyjechał z Rijeki pomagać chorwackim kibicom jako wolontariusz Ambasady Kibiców. Ale w pewnym momencie to on potrzebował pomocy, gdy został aresztowany za odpalenie racy. Policjanci nie znali angielskiego, więc nie mógł wyjaśnić, że to nie on. Ale mimo wszystko wywozi z Polski dobre wspomnienia.

Reklama

Stadiony.net: Od oglądania NK Rijeka na Kantridzie do śledzenia reprezentacji Chorwacji w Polsce. Długa droga, często jeździsz za Chorwatami czy miałeś inny powód do przyjazdu?

Mladen Mikac: Cóż, kiedyś byłem na meczach reprezentacji u siebie i na wyjeździe, ale z powodu ludzi kierujących naszym związkiem piłkarskim przestałem. Nie uważam, żeby ludzie wspierający zespół powinni błagać o szansę na zdobycie biletów. Ale do Polski przyjechałem, by pomagać naszym fanom w każdy możliwy sposób.

Co to znaczy, że musicie błagać Wasz związek piłkarski?

Tu w Chorwacji nie ma systemu dystrybucji biletów. Kiedy przestałem chodzić na mecze, wejściówki rozdysponowywano bez krzty logiki. Na Armadzie (sektorze fanatycznym NK Rijeka – przyp. red.) jest ok. 50 osób, które jeżdżą wszędzie za reprezentacją i kolejnych 50, które dołączają, gdy mają taką możliwość. Więc dla mnie to niesprawiedliwe, że nikt z tej grupy nie może dostać biletu. Mało, nawet mam informacje, że podczas Mundialu 2006 sekretarz generalny naszego związku nie chciał sprzedawać biletów swoim kibicom, a potem widziano go, jak sprzedawał japońskim fanom za znacznie wyższą cenę. Trzeba mówić coś jeszcze?

Może o kibicach. Większość podczas wyjazdów śpiewa, pije (poza wieloma innymi rzeczami), a Ty zamiast wybrać zabawę poszedłeś do Ambasady Kibiców, by im pomagać. Dlaczego?

Zwykle nie piję przy okazji meczów. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale lubię być trzeźwy na wszelki wypadek. Więc to nie problem, żeby pojawić się i wspierać kibiców. I chociaż byłem tu w pracy, i tak udało mi się spędzić sporo czasu z innymi, śpiewając i dobrze się bawiąc z nimi.

Ale jednak – inny kraj, wielki turniej, wolontariat. Miałeś jakieś doświadczenie z tym związane?

Nie, ale byliśmy naprawdę dobrze przygotowani i uczyliśmy się o Poznaniu i Gdańsku. Mieliśmy też szczęście, bo personel naszych stacjonarnych ambasad był bardzo pomocny i gotowy do realizacji każdej naszej potrzeby. Inni ludzie również byli bardzo mili. Sam jako kibic też swoje wiem i wydaje mi się, że rozumiem, czego potrzebują inni fani. Więc byłem spokojny, że sobie poradzę.  

Chorwaci znani są jednak nie tylko z głośnego dopingu, ale też z incydentów, jak te z racami czy bójkami w mieście. Przygotowywaliście się na takie kryzysowe sytuacje?

Odbyliśmy kilka spotkań i rozmawialiśmy o ewentualnych scenariuszach, gdyby doszło do problemów. Myślę, że na każdą z takich sytuacji byliśmy gotowi.

Race Chorwaci odpalali kilka razy w trakcie turnieju.Race Chorwaci odpalali kilka razy w trakcie turnieju. Fot: Kai, bs-ma-bs.net

Kiedy jednak doszło do tego, zostałeś aresztowany. Mógłbyś powiedzieć, jak do tego doszło?

Tak, to kawał historii. Podczas meczu z Hiszpanią zostaliśmy aresztowani z kolegą za odpalenie flary na stadionie. Oto, jak było. Staliśmy na swoim miejscu na stadionie, kiedy zobaczyłem, że chłopaki koło nas mają racę. Powiedziałem koledze, że powinniśmy się odsunąć i tak zrobiliśmy. Kiedy jeden z nich ją odpalił, płomień natychmiast wystrzelił naprawdę mocno. Kibic się przestraszył i by uniknąć poparzenia rzucił ją nam pod nogi (musiał być niedoświadczony, bo miał skróconą racę – one tak się zapalają). Natychmiast przenieśliśmy się z tego miejsca, bo też nie chcieliśmy się oparzyć. Pod koniec meczu kibic Lechii powiedział nam, że szuka nas policja. Uznaliśmy, że to pomyłka. Na 3 minuty przed końcem czterech albo pięciu mężczyzn po cywilnemu (wyglądali raczej jak bandyci niż policjanci) zabrało nas na komisariat na stadionie. Kiedy nas tam prowadzili, próbowaliśmy im wyjaśnić, że mamy akredytacje, jesteśmy członkami Ambasad Kibiców i nie odpalilibyśmy żadnej racy. Kilka razy mówiłem im też, żeby sprawdzili monitoring, by mieć pewność, że to nie my. Oczywiście nie słuchali, a ich angielski był przerażający, ledwo cokolwiek łapali. Po doprowadzeniu posadzili nas w osobnych pokojach przesłuchań i zbierali zeznania. Kiedy pozwolono mi zadzwonić, dałem znać szefowi, a on obdzwonił wszystkich, żeby tylko to odkręcić. Szczęśliwie dla nas udało się i po trzech godzinach nas zwolnili. Przy okazji chciałbym im podziękować – kibicom ze stowarzyszenia Lechii, koordynatorowi Kibice Razem, mojej tłumaczce i wszystkim innym, którzy mieli swój udział.  

Zastanawiam się, jak mogło do tego dojść. Reprezentowaliście projekt wspierany przez organizatorów. UEFA nic nie zrobiła?

Wydaje mi się, że to kwestia niedostatecznej pracy policji, która nie potwierdziła faktów. Po fakcie dowiedziałem się, że na nas skierował ich steward, który widział nas wychodzących z sektora, ale powiedział też, że nie jest pewny, czy to my. Dla mnie jest szokujące, że policja nie sprawdziła nagrań z monitoringu, choć cały czas się chełpili, że mają najlepsze kamery i tym podobne. O ile wiem, UEFA nie kiwnęła palcem. A policjantów nie obchodziło, że jesteśmy pracownikami projektu UEFA. Po wszystkim nikt nas nawet nie przeprosił.

Mimo zatrzymania na PGE Arenie Mladen wspomina Gdańsk ciepło.Mimo zatrzymania na PGE Arenie Mladen wspomina Gdańsk ciepło. Fot: Kai, bs-ma-bs.net

Wiele rzeczy poszło nie tak. Ale czy poza tym przypadkiem były jakieś problemy z organizacją czy komunikacją z innymi służbami czy instytucjami?

Pierwszy mecz w Poznaniu był naprawdę trudny, bo stewardzi byli zagubieni w czasie i przestrzeni. Nikt nie wiedział, do której bramki mają iść ludzie z akredytacjami, a widzów kierowali na złe sektory. Wielu kibiców bez biletów zdołało wejść na stadion, mijając stewardów. Po meczu zgłosiliśmy wszystkie niedociągnięcia do UEFA i na kolejny byli już lepiej przygotowani. Ogólnym problemem był fakt, że niektórzy stewardzi i policjanci (zwłaszcza!) nie mówili dobrze po angielsku. Na szczęście zawsze był z nami ktoś z Polaków pracujących w Ambasadach, co ułatwiało życie. Dla przykładu, w dniu meczu Chorwacji z Hiszpanią podszedł do nas Chorwat i powiedział, że skradziono mu portfel. Natychmiast powiedzieliśmy kolegom z Gdańska, a oni zaprowadzili go do dwóch policjantów. Zapytali, czy ci znają angielski na tyle by pomóc, na co usłyszeli, że oczywiście. Minutę później widzieliśmy jak prowadzą chłopaka do najbliższego stewarda, który umiał mówić po angielsku, bo nie rozumieli nic, co kibic do nich mówił. Ten sam scenariusz, co z moim aresztowaniem. Nikt nie rozumiał, co do nich mówię, chyba tylko jeden próbował zgadywać. Na szczęście mieli świetną tłumaczkę dla mnie, więc po jej przyjściu było znacznie łatwiej.

To na koniec coś lżejszego: po pobycie w Gdańsku i Poznaniu, jak porównałbyś te miasta?

Jedyne, co mają ze sobą wspólnego, to ludzie i ich dobroć. No i bardzo dobra organizacja. W Poznaniu pracownicy Ambasady to pracownicy socjalni, nie kibice, i dlatego powiedziałbym, że w Gdańsku było trochę lepiej organizacyjnie. A ponieważ jestem z wybrzeża, znacznie bardziej podoba mi się Gdańsk, który przypominał mi moją Rijekę. Uwielbiam to miasto, podobała mi się każda sekunda pobytu i już robię plany, by wrócić do Gdańska z dziewczyną. Tam czułem się jak w domu i cieszyłem się pobytem. Historia Gdańska jest niesamowita i to się czuje. Poznań też jest piękny i ciekawy, ale to nie to, co Gdańsk.

Mladen MikacNasz rozmówca: Mladen Mikac. Z Rijeki, 28 lat. Dwa lata temu skończył studia, z wykształcenia ekonomista. Miejscowy klub piłkarski to jego miłość i pasja, ale uwielbia jeździć po całej Europie na mecze, kiedy tylko może.

Reklama